Czy leci z nami pilot? – czyli „Obcy: Przymierze”

Ileż było oczekiwania na ten film, ileż radości i nadziei. Ridley Scott powrócił na stołku reżysera, klimatyczne zdjęcia, zdawkowe informacje, rozmach i przede wszystkim sam on – Obcy. Wiele obietnic zostało złożonych, wiele nadziei rozbudzonych, wyszło jednak troszkę inaczej niż by wynikało z szumnych zapowiedzi. A szkoda. Obcy powrócił, ale chwały w tm powrocie niestety jest brak. Choć mogło być gorzej.
Czytaj dalej

Baba Jaga, czyli o Don’t Knock Twice słów kilka

Film, który wchodzi bez większego rozgłosu do kin. Do tego horror, czyli gatunek filmowy, który przeżywa swoisty renesans. Z horrorami mam tak, że w zasadzie nie da się mnie przestraszyć, ale i tak je uwielbiam,. Czasem może nawet za bardzo. Dobre, czy złe, zawsze coś znajdę dla siebie. Kocham dziwne kino, kocham dobre kino, ale kocham także bardzo złe kino. Bo kino jest lekiem na wszystko. Na wszelkie choroby i smutki. I to niezależnie czy w reżyserii Akiry Kurosawy czy Eda Wooda.

Czytaj dalej

Remember me, when I’m gone… – „Szybcy i Wściekli 7″

Jak zapowiedziałem, tak i robię. ”Szybcy i Wściekli 7” idą pod ruszt pisarza. To jest pierwszy z tych dwóch wielkich blockbusterów tego roku, które mnie tak bardzo urzekły. Ja wiem, że pomijam ”Avengers: Czas Ultrona”, czy ”Jurassic World”, ale oba te filmy nawet nie dorastają do pięt ”Mad Maxowi” i recenzowanemu tytułowi. Ale nie mam zamiaru wdawać się w polemikę. Po prostu ja tak sądzę i już. Każdy ma prawo do swojego zdania koniec końców. A ja, mimo wszystko, jestem ogromnym fanem tej serii. I ten film mnie nie zawiódł. Oj nie. Jeśli jesteś miłośnikiem szybkiej jazdy, miłośnikiem tych filmów, jeżeli uwielbiasz szybkich i wściekłych, to zapraszam do czytania. I wszystkich innych oczywiście też.

Czytaj dalej

Rozpierducha w rytmie spalin, czyli „Mad Max: Na drodze gniewu”

Po premierze nie chciałem pisać o tym filmie ze względu na potężną ilość tekstów. Siedziałem w kinie jak wryty. Wszedłem jako dorosły facet, ale wyszedłem jako 13-14 letni dzieciak, który chce jak najszybciej rozładować natężenie emocji poprzez dziki rozpierdziel. Gdziekolwiek, jakkolwiek. Tak drodzy państwo, najnowszy Mad Max to druga niczym niezobowiązująca rozpierducha w tym roku jaką miałem ogromną przyjemność oglądać. I doprawdy – ciężko mi zdecydować, która lepsza. Faktem jest jedno, oba filmy były genialne i obu poświęcę oddzielny tekst. Ale zacznijmy od tego drugiego. W końcu w każdym drzemie dziecko, nieprawdaż? Nawet jeśli się odzywa podczas oglądania supeprodukcji dla dorosłych. Ale co tu ukrywać – to w końcu Szalony Max!

Czytaj dalej

Koszmar wojny jako baśń, czyli o „Labiryncie Fauna”

Guillermo del Toro, człowiek niepokorny. Artysta, wizjoner i przede wszystkim człowiek pełen nieposkromionej pasji i miłości do kina. To widać w jego filmach. Dzisiaj siegne po jego najgłębsze i moim zdaniem najdoskonalsze dzieło jakie stworzył. Piorunujący i wstrząsający dramat fantasy w wojenno psychologicznym sosie. Mam wrażenie, że porywam się z motyką na słońce ze względu, że ciężko opisać uczucia, jakie towarzyszą mi podczas oglądania tej produkcji. Bardzo ciężko. Jest to jeden z tych tytułów, które u mnie zostawiły trwały ślad na duszy i psychice. Będzie sporo o miłości, o uczuciach. Nie zabraknie także przemyśleń własnych. Będzie po prostu tak, jak lubię najbardziej. O miłości mej do kina zaczytujcie się w mych słowach. Gwarantuję, ten tekst jest bardzo osobisty. Zapraszam!

Czytaj dalej

Inne spojrzenie na kino, czyli „Plemię”

Są filmy i filmy, każdy to wie. Ale czasami zdarzy się okazja zobaczyć coś, co wymyka się jakimkolwiek regułom. Nie tylko filmowym, ale też logicznym z punktu widzenia doświadczenia kinematografii, no bo powiedzcie, ile znacie wybitnych filmów ukraińskich? Właśnie. Dosłownie przed momentem zobaczyłem jeden z takich filmów. Filmów, które pozostawiają trwały ślad po sobie. Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy film mi się podobał, jednak z całą pewnością stwierdzę, że to jeden z najlepszych filmów jakie widziałem w ostatnim czasie. Rzadko mnie już cokolwiek szokuje, naprawdę rzadko, tym razem jednak się udało. Zapraszam do lektury.
Czytaj dalej

Japońska popkultura w sosie własnym, czyli „Zatoichi”

Takeshi Kitano jest mistrzem. Tak oto rozpocznę typowy już dla mnie wstępniak. Każdy kto jest, czy też raczej każdy kto uważa się za miłośnika, tudzież fana kinematografii powinien znać to nazwisko. Choćby ze słyszenia. A już na pewno każdy fan kina japońskiego, tego współczesnego przynajmniej. Kitano jest jednym z najbardziej znanych i najlepszych współczesnych reżyserów i aktorów z Kraju Kwitnącej Wiśni. On, Takashi Miike i Shion Sono tworzą obecnie moją ulubioną trójcę, albo też Wielką Trójkę współczesnego kina japońskiego, jeśli komuś w ten sposób łatwiej rozumieć to stwierdzenie. I choć akurat w tym przypadku kilka razy moje zdanie wzbudziło kontrowersje, to najbardziej lubię właśnie jego. To mój ulubiony żyjący japoński reżyser. I żeby ktoś nie pomyślał, w całej historii tamtejszego kina, co najmniej dwoje innych reżyserów cenię sobie bardziej. I to bardziej niż większość jakichkolwiek twórców w całej historii szeroko pojętego kina. Ale to gadka na cały artykuł wręcz (za który mam coraz większą ochotę się wziąć, ale muszę skończyć sporą ilość już zaczętych). Ale wróćmy do głównego tematu – „Zatoichi”. Kocham ten film, podobnie jak uwielbiam starą serię filmów, choć mam o niej podobne zdanie jak sam Beat Takeshi, to jednak i ją polecam gorąco, choć legalnymi środkami jej znalezienie jest to wręcz niemożliwe, a i w sieci niewiele lżej. Dzieło to nie od dziś uważam za jedno z najbardziej popkulturalnych i porąbanych filmów, jakie w życiu widziałem (żaden Tarantino, czy Miike właśnie, nie mogą się mu, w moim mniemaniu oczywiście, równać). Po prostu kocham ten film, kocham jego zjawiskowość, jego przerysowanie i jaja, z jakimi był on robiony. Oto cały Kitano – nie można go brać na poważnie w takich filmach. Przejdźmy więc do części właściwej. Do recenzji, do opisu wydania DVD i „wolnej amerykanki” blogerskiej, po prostu miłości do kina z każdej strony, po sporej przerwie w pisaniu na poważnie. Zapraszam.
Czytaj dalej

Traumatyczne przeżycie, czyli „W pogoni”

Długo się zabierałem do tego filmu. Bardzo długo, możliwe, że dobrze na tym wyszedłem. Dlaczego? Bo mój filmowy gust się utwardził, a ilość zwyrolstwa, jakie obejrzałem w ciągu tych 6 lat od kiedy usłyszałem na tym filmie skutecznie mnie znieczuliły. W każdym razie tak sądziłem.
Wiele razy wspominałem, że oglądane przeze mnie produkcje są, lekko mówiąc, ryzykowne pod względem estetyki i jakości, a na pewno daleko poza granicą dobrego smaku. No cóż, znieczuliły mnie na rzeczy wyprawiane na ekranie skutecznie. Może to za sprawą idiotyzmu, beznadziejnego wykonania, czy po prostu głupawą historią. Nie mi to oceniać, natomiast wiem, jaki to na mnie wywarło wpływ w ciągu lat. Nie jestem do końca przekonany, że pozytywny.
Czytaj dalej

Twardy obraz współczesnej Rosji, czyli „Lewiatan”

Na nowy film Andrieja Zwiagincewa czekałem bardzo długo. Niemalże od momentu, gdy się dowiedziałem, że kręci nowy film. Długo to trwało, ale w końcu miałem okazję zobaczyć całą produkcję i teraz przyszedł moment na swoiste rozliczenie się z tym, co widziałem. A będzie to rozliczenie niełatwe, aczkolwiek nie powinno sprawić trudności ani mi, jak i tobie, mój drogi czytelniku.
Czytaj dalej

Ekscentrycza miłość, czyli „Ai no mukidashi”

Po ostatnich dyskusjach odkurzam jednego z moich mistrzów kina japońskiego, typa, który zwie się Shion Sono. Uwielbiam gościa, bez wyjątków w sumie. Rzeczy, które on wyprawia na ekranie są… dziwaczne. I zwyczajowo dość długie. Większość z was może go nie kojarzyć, lecz dam sobie uciąć co nieco, że znacie jego „Klub Samobójców”. Choćby ze słyszenia.
Czytaj dalej