Japońska popkultura w sosie własnym, czyli „Zatoichi”

Takeshi Kitano jest mistrzem. Tak oto rozpocznę typowy już dla mnie wstępniak. Każdy kto jest, czy też raczej każdy kto uważa się za miłośnika, tudzież fana kinematografii powinien znać to nazwisko. Choćby ze słyszenia. A już na pewno każdy fan kina japońskiego, tego współczesnego przynajmniej. Kitano jest jednym z najbardziej znanych i najlepszych współczesnych reżyserów i aktorów z Kraju Kwitnącej Wiśni. On, Takashi Miike i Shion Sono tworzą obecnie moją ulubioną trójcę, albo też Wielką Trójkę współczesnego kina japońskiego, jeśli komuś w ten sposób łatwiej rozumieć to stwierdzenie. I choć akurat w tym przypadku kilka razy moje zdanie wzbudziło kontrowersje, to najbardziej lubię właśnie jego. To mój ulubiony żyjący japoński reżyser. I żeby ktoś nie pomyślał, w całej historii tamtejszego kina, co najmniej dwoje innych reżyserów cenię sobie bardziej. I to bardziej niż większość jakichkolwiek twórców w całej historii szeroko pojętego kina. Ale to gadka na cały artykuł wręcz (za który mam coraz większą ochotę się wziąć, ale muszę skończyć sporą ilość już zaczętych). Ale wróćmy do głównego tematu – „Zatoichi”. Kocham ten film, podobnie jak uwielbiam starą serię filmów, choć mam o niej podobne zdanie jak sam Beat Takeshi, to jednak i ją polecam gorąco, choć legalnymi środkami jej znalezienie jest to wręcz niemożliwe, a i w sieci niewiele lżej. Dzieło to nie od dziś uważam za jedno z najbardziej popkulturalnych i porąbanych filmów, jakie w życiu widziałem (żaden Tarantino, czy Miike właśnie, nie mogą się mu, w moim mniemaniu oczywiście, równać). Po prostu kocham ten film, kocham jego zjawiskowość, jego przerysowanie i jaja, z jakimi był on robiony. Oto cały Kitano – nie można go brać na poważnie w takich filmach. Przejdźmy więc do części właściwej. Do recenzji, do opisu wydania DVD i „wolnej amerykanki” blogerskiej, po prostu miłości do kina z każdej strony, po sporej przerwie w pisaniu na poważnie. Zapraszam.
Czytaj dalej

Oscary 2015, czyli prognozy przed Galą

Namawiano, namawiano, zachęcano i zachęcano, toteż przyszła kolej na moje prognozowanie.
Jak wiadomo, w ostatnich czasach Oscary przestały się cieszyć wśród wielu z nas blogerów, recenzentów i kinomanów poważaniem. Dlaczemu? A bo pieniądze, bo poprawność, bo tamto, siamto, sramto i kto wie co jeszcze, a dla mnie… Cóż, dla mnie to przede wszystkim znakomite show, umiejętnie poprowadzone i mimo wszystko, filmy doceniane przez Gildię są raczej filmami powyżej średniej i zasługujące w ten, czy tez inny sposób na wyróżnienie. Choć faktycznie przyznam, że coraz częściej się zgodzić z niektórymi wyborami (m.in. zeszłoroczny tryumf ”12 Years a Slave” jest dla mnie co najmniej dyskusyjny, tudzież morze nagród dla ”Grawitacji”, choć bardzo ten film lubię). Osobiście wolę Cezary i BAFTA, trochę mniej Złote Globy (dopadła je także Oscarowa moda na upolitycznianie), choć i tak najbardziej cenię sobie chyba festiwal w Cannes i jego palmy. Ale jednak wracając do tematu przewodniego – Oscary. Mimo wszystkich wad, gadania i narzekania to wciąż najważniejsza filmowa nagroda na świecie i tak też będę uważał, nie jest ważne co się woli, prestiżem póki co żadne inne wyróżnienie Oscarom nie dorównuje nawet. Takie jest moje zdanie i nie sądzę by potrzebna była chamska polemika na temat tego, czy mam rację, czy nie. W moim wysokim mniemaniu ją mam, toteż na tym warto zakończyć.
Poniżej znajdziecie garść moich Oscarowych przewidywań, aczkolwiek, co po pierwsze, są one wszystkie pisane z całkowicie prywatnego punktu widzenia – mojego, a po drugie – omijam część kategorii, które mnie tak szczerze kompletnie nie interesują.

Czytaj dalej

Muzyczne TOP 2014 wg. silver-screen

Rok 2014 obfitował w niezliczone niespodzianki, tak filmowe (o których niedługo napiszę), jak i muzyczne. Nie obyło się niestety bez srogich (nawet bardzo!) zawodów, jednakże większość niesmaku wynagradzały mi znakomite wydawnictwa, które niejednokrotnie były naprawdę niespodziewane. Tak więc poniżej znajdziecie przedstawicieli metalu ekstremalnego, ale także jazzu, muzyki popowej, awangardowej, a nawet poważnej. W sumie każdy znajdzie coś dla siebie. Piszę to z przeznaczeniem na listę 30 wydawnictw, jednakoż jak znam życie nie zmieszczę się. Muszę ponadto zaznaczyć, że ta lista nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek chronologią, to zbiór najlepszych moim zdaniem wydawnictw w minionym już, 2014 roku. Zapraszam do czytania i komentowania, ale pamiętajcie: niekonstruktywnego hejtu nie będę tolerował. Tak więc po 3 dniach ostrego siedzenia i myślenia, po odrzuceniu wielu znakomitych albumów wybrałem te, które moim zdaniem zasługują na największe uznanie w minionym roku. Lista jest długa, ale porządnie i merytorycznie opisana, więc nawet jeśli jesteś laikiem, to bez problemu się odnajdziesz.
Czytaj dalej

Traumatyczne przeżycie, czyli „W pogoni”

Długo się zabierałem do tego filmu. Bardzo długo, możliwe, że dobrze na tym wyszedłem. Dlaczego? Bo mój filmowy gust się utwardził, a ilość zwyrolstwa, jakie obejrzałem w ciągu tych 6 lat od kiedy usłyszałem na tym filmie skutecznie mnie znieczuliły. W każdym razie tak sądziłem.
Wiele razy wspominałem, że oglądane przeze mnie produkcje są, lekko mówiąc, ryzykowne pod względem estetyki i jakości, a na pewno daleko poza granicą dobrego smaku. No cóż, znieczuliły mnie na rzeczy wyprawiane na ekranie skutecznie. Może to za sprawą idiotyzmu, beznadziejnego wykonania, czy po prostu głupawą historią. Nie mi to oceniać, natomiast wiem, jaki to na mnie wywarło wpływ w ciągu lat. Nie jestem do końca przekonany, że pozytywny.
Czytaj dalej

Twardy obraz współczesnej Rosji, czyli „Lewiatan”

Na nowy film Andrieja Zwiagincewa czekałem bardzo długo. Niemalże od momentu, gdy się dowiedziałem, że kręci nowy film. Długo to trwało, ale w końcu miałem okazję zobaczyć całą produkcję i teraz przyszedł moment na swoiste rozliczenie się z tym, co widziałem. A będzie to rozliczenie niełatwe, aczkolwiek nie powinno sprawić trudności ani mi, jak i tobie, mój drogi czytelniku.
Czytaj dalej

Ekscentrycza miłość, czyli „Ai no mukidashi”

Po ostatnich dyskusjach odkurzam jednego z moich mistrzów kina japońskiego, typa, który zwie się Shion Sono. Uwielbiam gościa, bez wyjątków w sumie. Rzeczy, które on wyprawia na ekranie są… dziwaczne. I zwyczajowo dość długie. Większość z was może go nie kojarzyć, lecz dam sobie uciąć co nieco, że znacie jego „Klub Samobójców”. Choćby ze słyszenia.
Czytaj dalej

Topiąc się w odchodach, czyli o „Trudno być Bogiem”.

Niech będzie, że porywam się na słońce. Film, który znajdzie się w czołowej czołówce moich ulubionych filmów tego roku. Ekranizacja jednej z moich ukochanych powieści z podgatunku filozoficznych fantasy autorstwa braci Strugackich. Zbieram póki co szczękę z podłogi.
Czytaj dalej

„Ewolucja planety małp” – przypowieść o zdeprawowaniu świata


Po trzech latach od premiery „Genezy planety małp” do kin wchodzi jej kontynuacja, „Ewolucja planety małp”. I jest lepiej niż oczekiwałem, jest dużo lepiej i znacznie ciekawiej, bowiem pierwsza część nie przypadła mi zbytnio do gustu. Czytaj dalej

Ciemność jest w każdym z nas, czyli „Monster”

Dziś postanowiłem odświeżyć jedną ze starych recenzji, z których jestem wybitnie dumny. Troszkę edycji i poprawek błędów, które wychwyciłem i ogólna kosmetyka sprawiła, że kolejny raz mam ochotę się zabrać za to dzieło. Czytania nie jest tak sporo, jak zwyczajowo, aczkolwiek wcale nie jest tego mało, bo to jedna z obszerniejszych recenzji, aczkolwiek poniżej 1000 słów się zmieściłem. Zapraszam do czytania.

Czytaj dalej

Japońska kultura – czy to miłość bezwarunkowa?

Otóż dziś mnie wzięło za napisanie jednego z bodaj najważniejszych dla mnie artykułów traktujących o animacji japońskiej, artykułu, który ukrywał się w moim sercu bardzo głęboko i bardzo przez to dojrzał.
Bardzo chciało by się pisać w samych superlatywach, ale jednak nie. Tak się nie uda ze względu na kilka ważnych aspektów. A aspektem numer jeden będzie oczywiście niemożliwa japońska maniera kręcenia w ilościach przekraczających normy i bynajmniej nie idzie to wraz z jakością, paradoksalnie jednak, jakość leci w dół wraz ilością.
Całość nie ma na celu hejtowania gatunku, bowiem szczerze go kocham, ale niestety nie będzie tak miły, jakbym tego chciał. Zależy mi na luźnym obrocie spraw, bez obrażania, czy miętolenia, bowiem każdy z nas ma swoje gusta i guściki – tym razem jednak temat nie należy do ulubionych, a wybitnie często hejtowanych.
A zacznę od tego, co wszystkich najbardziej wkurza – fanów.
Czytaj dalej