Czy leci z nami pilot? – czyli „Obcy: Przymierze”

Ileż było oczekiwania na ten film, ileż radości i nadziei. Ridley Scott powrócił na stołku reżysera, klimatyczne zdjęcia, zdawkowe informacje, rozmach i przede wszystkim sam on – Obcy. Wiele obietnic zostało złożonych, wiele nadziei rozbudzonych, wyszło jednak troszkę inaczej niż by wynikało z szumnych zapowiedzi. A szkoda. Obcy powrócił, ale chwały w tm powrocie niestety jest brak. Choć mogło być gorzej.

Na wstępie zaznaczę, ze lubię poprzednika, czyli niesławnego w wielu kręgach ‚Prometeusza’. Miałem okazję go oglądać w dniu premiery w katowickim IMAX i zrobił ten film na mnie potężne wrażenie, przede wszystkim wizualne, ale jednak. Do najnowszej odsłony Obcego podchodziłem mimo wszystko pozytywnie nastawiony, lecz z rezerwą. Ridley Scott różnie sobie radził w ciągu ostatnich lat (patrz: Exodus czy jeszcze gorszy Adwokat) i raczej chłodne przyjęcie Prometeusza zrobiło swoje nie tyleż na mnie, co przede wszystkim wśród fanów. Ridley Scott, twórca uniwersum po latach podzelił ich bardziej niż jakakolwiek poprzednia część. Ale przejdźmy do rzeczy.
W maju uderzyły pierwsze recenzje i moje serce zadrżało. Że film słaby, że historia kretyńska, że bez duszy… tych wszelakich że było od groma. Ale niestety przyczyniły się one do ostudzenia mojego zapału totalnie. Tak bardzo, ze film zobaczyłem dopiero wczorajszej nocy. I to w domowym zaciszu.

Całość rozpoczyna się jeszcze przed akcją ‚Prometeusza’, bowiem pierwszym dniem życia androida Davida (Michael Fassbender tym razem w podwójnej roli), który to jest jednym z głównych bohaterów tegoż. Szybko jednak przenosimy się na właściwy tor opowieści. Czyli dekadę po wydarzeniach z Prometeusza. Załoga statku kolonizacyjnego Przymierze, który pod swoją pieczą ma android Walter (wyglądający identycznie jak David) zostaje wybudzona z hibernacji na 7 lat przed terminem wskutek poważnej awarii, niestety kapitan ginie zanim zdążymy go cokolwiek poznać (James Franco z wąsem, ciekawi mnie jego gaża tak swoją drogą). Kapitanem zostaje pierszy oficer, wierzący z Boga Oram, a pierwszym oficerem żona zmarłego kapitana, Daniels (znana z Fantastycznych Zwierząt Katherine Waterston).
Podczas naprawy uszkodzeń załoga odbiera dziwny sygnał z pobliskiej planety i niemalże natychmiastowo zostajemy na nią przeniesieni.
Dwóch członków załogi zostaje zarażonych tajemniczą chorobą (bo po co używać skafandrów na nowo odkrytej planecie) i równie szybko jak zostają zarażeni – umierają. Spojler? Nie sądzę, to ledwie 40 minut filmu za nami.
Później zaczyna się szybka akcja, ponownie pojawia się David, dowiadujemy się, co się stało z doktor Elizabeth Shaw (główna bohaterka poprzedniej części) i w końcu pojawia się on – Obcy, lecz nie dość, że na chwilę, to jeszcze wykreowany w potwornym CGI. Meh.
Całość sprowadza się od tego momentu do rutynowej ucieczki.

Brzmi średnio, nieprawdaż? I tak też niestety jest. Bohaterowie pojawiają się i znikają, umierają na różne mniej lub bardziej wymyślne sposoby. Jest gore, jest trochę niczym nie skrępowanej rzeźni, ale wszędzie przedziera się pustka, scenariusz kuleje i razi dziurami fabularnymi. Ale nie wszystko poszło źle.
Jest Michael Fassbender, który swoją obecnością podnosi rating całości przynajmniej o oczko. W obu rolach. Waterston (jeżeli się zastanawiacie czemu, to zobaczcię ‚Wadę Ukrytą’ Andersona!), która po mału zaczyna należeć do mojego prywatnego kręgu ulubionych aktorek stara się utrzymać kroku przy Fassbenderze. I wychodzi mimo wszystko obronną ręką. Ale to aktorsko wszystko, co jest warte wspomnienia, reszta się pojawia zazwyczaj na chwilę.

Jednak najwięszą wadą filmu jest to, że będąc ścisłą kontynuacją Prometeusza jest, czy też raczej próbuje być prequelem do pierwszego Obcego. Albo jedno, albo drugie. Geneza powstania Obcego totalnie do mnie nie trafia, a los Elizabeth Shaw – zbyt przewidywalny, niestety. Jednakże cały film pomimo tak wielu mankamentów ogląda się conajmniej przyzwoicie. Napięcia mimo wszystko nie brakuje, sceny akcji są dobrze zbudowane, a Obcy mimo koszmarnego wyglądu – satysfakcjonuje, choć to jest może wynikiem tego, ze za wiele to go nie ma na ekranie, raptem paręnaście minut. I to licząc na ciężko.

Film jest przepięknie nakręcony, doskonale udźwiękowiony, a ścieżka muzyczna jest odpowiednio podniosła i mroczna. Co wyróżnia Prometeusza i Przymierze od reszty to przede wszystkim Dariusz Wolski za kamerą. Przepiękne krajobrazy ukwiecone klimatyczną muzyką to rzecz dla której warto zawiesić oko. Dzięki nim klimat filmu nie zostaje stłamszony przez słaby scenariusz i fabularne idiotyzmy. I mimo wszystko bawiłem się dobrze. A nawet lepiej niż to wynika z niniejszej rezenzji.
Ale przewidywalności fabularnego twistu na końcu nie jestem w stanie wybaczyć.

Całość nie broni się jako film z serii, ale jako osobny, ujdzie za całkiem sprawny thriller science fiction. Dwie godziny mijają szybko i raczej bezboleśnie, choć, jak już wspominałem – dziury logistyczne i fabularne są wielkości kosmosu.
Seans spłynął mi bezboleśnie, film trzyma w napięciu, a momentami chwyta nawet za gardło. Całość warto zobaczyć jeśli się jest fanem Prometeusza i/lub jeżeli się ma sporą cierpliwość do Scotta i jego wizji obcego. Ortodoksyjni fani serii nie mają czego tutaj szukać. Ode mnie 5,5 na 6/10, oczko więcej za sentyment i powrót do uniwersum.

A teraz kilka spojlerów porecenzenckich…

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

JAK DAVID ZOSTAŁ WALTEREM U LICHA?

KTÓRA NORMALNA EKSPEDYCJA NIE UŻYWA SKAFANDRÓW NA NOWEJ PLANECIE?

I ŻEBY TAK ZAKOŃCZYĆ WĄTEK SHAW? TOTALNY BEZSENS.

I przede wszystkim – dlaczego bohaterowie są tak debilni.

Pomijam wątek całowania się dwóch Fassbenderów totalnie.

Koniec psot.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>