Batman: Killing Joke

To film, na który czekałem od dłuższego już czasu z wypiekami na twarzy. Tak – jestem fanbojem DC, a szczególnie tego, co na przełomie lat 80 i 90 wydarzyło się na łamach komiksów o Batmanie (i nie tylko). Dzień w którym usłyszałem, że jeden z moich ukochanych zeszytów zostanie zekranizowany, był dniem radości, ale też obawy. Ekranizacje poszczególnych komiksów cieszą się u mnie mniejszym (Son of Batman) lub większym (Dark Knight Returns) uznaniem, lecz zazwyczaj nie mam ochoty wyrywać sobie włosów z głowy ze względu na poziom. A już na pewno nie w takim stopniu jak przy oglądaniu feralnych Batmanów w reżyserii Joela Schumahera.
Jak wyszedł ten film? Zapraszam do dalszego czytania.

Na drugim już wstępie zaznaczę, że to będzie prawdopodobnie moja pierwsza recenzja ze spojlerami, więc jeżeli ktoś nie oglądał filmu, lub o zgrozo, nie zna komiksu, to może się natknąć na kilka sporych. Po drugie, jak już wspominałem na początku, ta historia należy do czołówki moich ulubionych, co oznacza, że znam ją doskonale. A czytałem ją dziesiątki razy.

Tak więc w skrócie: Oryginalne Killing Joke opowiada o tym, jak to Joker porywa komisarza Gordona strzelając przy tym do jego córki, Barbary, która jest jednocześnie Batgirl i wspomaga Batmana w walce z przestępczością w Gotham City. Porywa jej ojca tylko w jednym celu – żeby udowodnić, że każdy może zbzikować. A żeby wprowadzić to w życie funduje mu iście kwasowy park rozrywki. Rozbiera go do naga i przy pomocy cyrkowców, którym bliżej swoją drogą do tych z ostatniego sezonu American Horror Story niźli naszego rodzimego Cyrku Korona, próbuje biednego Gordona doprowadzić do szaleństwa. Batman tymczasem odwiedza Barbarę i zaczyna z furią szukać klauna, lecz znajduje go dopiero, gdy Joker go zaprasza osobiście.
Cały komiks jest także pierwszą poważną, przynajmniej wg. mnie, próbą podania genezy Jokera. Tego kim był i jak się stał tym kim jest obecnie. Ja nie należę do wybitnych zwolenników wybielania Jokera, jednakoż ta historia ma w sobie to coś.

Sam film jest dużo lepszy niż się spodziewałem. Lecz od początku. W role głównych bohaterów wcielili się ci najważniejsi, ci najlepsi i ci najbardziej przez nas fanów uwielbiani: Mark Hamill i Kevin Conroy. Ta dwójka stanowi klasę dubbingu samą dla siebie. Mr. J nie jest sobą, gdy ktoś inny podkłada mu głos, podobnie jak i Mroczny Rycerz. Gdy usłyszawszy po raz pierwszy, że obaj panowie powrócą do swych, kanonicznych już, ról byłem wniebowzięty. Pierwszy zwiastun tylko podsycił moje pragnienie zobaczenia tego filmu, a nie tak dawna zapowiedź, że film dostał kategorię R tylko doprowadziła mnie do wrzenia. Aż w końcu nadszedł ten wielki dzień. Wróciłem z pracy, obejrzałem drugą część Star Treka, odświeżyłem po raz 3 w tym roku oryginalny komiks i pełen nadziei w końcu wygodnie się usadowiłem, by ujrzeć długo wyczekiwane logo WB Animations.
I…

Pierwsze minuty, szok, to nie ma nic wspólnego z Killing Joke, takie coś nie miało miejsca. A to? Scena erotyczna pomiędzy Batmanem, a Batgirl? Skąd te wątki się wzięły? Lecz po dłuższej dosyć chwili historia przeszła na właściwy tor. 28 minutowy wstęp miał, chyba, służyć wprowadzeniu do świata filmu i nakreślenie głębokich relacji, skonikąd wyssanych, pomiędzy Brucem a Barbarą. Całość odbiega niestety poziomem od trzonu historii, ale stanowczo nie jest tragicznie, a rzekłbym nawet, że nie jest tak źle, jak na samym początku odebrałem. A teraz, jakiś czas po oglądnięciu jestem skłonny uznać, że cały ten wstępny zabieg nie był aż takim złym posunięciem. Autorzy scenariusza zamiast od razu wrzucać nas w wir komiksu postanowili zwyczajnie przygotować na to. I z całą pewnością przyda się to ludziom, którzy nie znają oryginału.
Cała reszta, która następuje po 28 minutach seansu, to Killing Joke w wersji niemalże 1:1. Spora część dialogów jest niemalże przepisana z komiksu. I trzyma się fabularnego porządku od początku do końca. Tak więc biorąc pod uwagę całe 76 minut seansu mam nieodparte wrażenie, że twórcy postawili na to, aby wszyscy byli zadowoleni – zarówno fani, jak i zwykli widzowie. Wilk syty i owca cała.

Długo rozmyślałem nad tym, co u licha oznacza ta kategoria R w przypadku tego filmu. No cóż. Ani on, ani komiks nie epatują szczególnie przemocą, jednakże treści zawarte w powieści ni jak mi nie wyglądały na ekranie. Stąd się wzięły moje obawy. Jak się okazało – niesłuszne. Otóż podstawową formą wykorzystania wyższej kategorii wiekowej jest nie tyleż przemoc, co możliwość pokazania tychże właśnie treści. Naga przejażdżka Gordona, brutalne zdjęcia Jokera plus połowa wypełnionego akcją i krwią wstępniaka, oraz szczypta erotyki, której nawet tyle nie wypadało by pokazać w animacji z niższą kategorią wiekową. A śpiew Marka Hamilla będzie mi się od dziś po nocach śnił, tak totalnym offtopem. Genialny.

Podsumowując – mamy tutaj do czynienia z najlepszym filmem animowanym o Batmanie od 2012 roku. Wyżej stawiam jedynie obie części Powrotu Mrocznego Rycerza ze względu na większe przywiązanie do oryginału i skalę ekranizacji, która łącznie przekracza grubo ponad dwie godziny. Całość stanowczo by się obyła bez wstępniaka, ale jednocześnie da się go przełknąć bez większych problemów zdrowotnych.
Ostatecznie, pomimo ogromnego sentymentu i uwielbienia muszę stwierdzić, że jest to film przede wszystkim dla fanów. A Ci obejdą się bez prologu. I dla nich jest to totalny must-see. Reszta doceni, ale nie musi.

PS. Po napisach jest scena, która bezpośrednio pokazuje Wyrocznię, więc obawiam się, że ten wątek będzie kontynuowany w kolejnym filmie. I nie jestem pewien, czy to taki super pomysł.

8/10

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>