Remember me, when I’m gone… – „Szybcy i Wściekli 7″

Jak zapowiedziałem, tak i robię. ”Szybcy i Wściekli 7” idą pod ruszt pisarza. To jest pierwszy z tych dwóch wielkich blockbusterów tego roku, które mnie tak bardzo urzekły. Ja wiem, że pomijam ”Avengers: Czas Ultrona”, czy ”Jurassic World”, ale oba te filmy nawet nie dorastają do pięt ”Mad Maxowi” i recenzowanemu tytułowi. Ale nie mam zamiaru wdawać się w polemikę. Po prostu ja tak sądzę i już. Każdy ma prawo do swojego zdania koniec końców. A ja, mimo wszystko, jestem ogromnym fanem tej serii. I ten film mnie nie zawiódł. Oj nie. Jeśli jesteś miłośnikiem szybkiej jazdy, miłośnikiem tych filmów, jeżeli uwielbiasz szybkich i wściekłych, to zapraszam do czytania. I wszystkich innych oczywiście też.

Tak. Ciężko być fanem tasiemcowatych serii, wiem o tym. 14 lat minęło, a ten serial żyje nowym życiem. Bo powiedzmy sobie szczerze, ile znacie takich filmówch, których kolejne części są coraz to… lepsze. A napewno bardziej ekstrawagancko wybuchowe. Właśnie.
Jak już wszyscy wiedzą, odtwórca Briana, Paul Walker nie żyje. Z powodu jego głupiej i tragicznej śmierci cała produkcja stanęła pod znakiem zapytania. Jednak niedługo później potwierdzono, że film zostanie dokończony już bez niego, gdyż zdążył on nakręcić większość scen. Więc jak to często bywa – wylało się może gówna na twórców. Jednak wtedy do gry wkroczył swoją postawą Vin Diesel i więszość złych głosów umilkła. A ja stałem po środku. Z jednej strony chciałem bardzo zobaczyć ten film, ale z drugiej strony obawiałem się najgorszego. Dobrze, że nie miałem się czego obawiać. Bo film to jest fenomenalny i z całej serii bezwzględnie najbardziej odjechany, najlepszy i koniec końców cholernie wzruszający. Wszystko co było najlepsze, najbardziej powalone i klimatyczne zostało tutaj skumulowane w ilości bijącej na łeb wszystko. Po prostu Szybciej i wścieklej się już nie da.

Fabuła? Na ekipę Doma zaczyna polować z zemstą na ustach Deckard Shaw, brat Owena, pokonanego w samolocie podczas finału poprzedniej odsłony serii. Więc zabija Hana (zgrabne połączenie z jego tragiczną śmiercią z trzeciej części) i idzie po resztę. Atakuje Hobbsa (świetny The Rock) i wysadza dom spokojnie żyjącego Briana. Tak więc ekipa zbiera się raz jeszcze by pokonać niebezpieczeństwo (i przy okazji uratować świat). Lecz tym razem z pomocą przychodzi im tajemniczy Mr. Nobody (genialny powrót na duży ekran Kurta Russella) i jego mini armia. Choć przeciwnicy nie byle jacy. Deckarda gra nie kto inny, jak znakomity Jason Statham, a do pomocy ma jednego z najlepszych mistrzów sztuk walki Tony’ego Jaa i znakomitego Djimona Honsou. Taaak, jest dokładnie tak jak większość z was myśli. Jest epicka rozpierducha (latający, zdalnie sterowany zabójczy dron to nic), jest znakomity humor (jak zwykle prym wiedzie powalony Tyrese Gibson) i przede wszystkim jest rodzinnie i swojsko. Wszystko na swoim miejscu.

Jak wiadomo, seria od pewnego czasu przestała się przejmować realizmem i prawami fizyki. Ale to, co powinno być gwoździem do trumny zostało zamienione w największą zaletę. W siódmej odsłonie serii doatejmy wszystkiego jeszcze więcej, do tego na granicy absurdu (Abu-Dhabi!!!!!!!) i samoparodii. Fizyka nie istnieje, bo po co komu taki przeżytek. Fabuła wbrew pozorom nie jest aż tak schematyczna i bezsensowna, a dialogi miażdżą, są po prostu świetnie napisane. Chris Morgan odwalił kawał porządnej roboty swoim scenariuszem. I będę się tego zdania trzymał. Znany z kręcenia całkiem udanych i mrocznych horrorów James Wan wybrnął obronną ręką jako reżyser blockbustera za 200 milionów dolarów. Jest atrakcyjnie, wybuchowo i ekstremalnie szybko. A warto nadmienić, że film trwa prawie 140 minut. Ponad dwie godziny czystej, niczym nieskrępowanej akcji na najwyższym poziomie. Zjęcia, muzyka i przede wszystkim montaż to gratka i mistrzostwo świata. Jest efekciarsko i głośno. Jest tak dobrze, jak powinno być.

Odczucia podczas oglądania filmu jakie mi towarzyszyły można określić dwoma słowami: chłopięca radość. Nic tak nie podkręca ciśnienia jak morze paliwa wlane wprost do krwioobiegu widza. Tutaj jest wszystko. Od pięknych wozów, przez piękne kobiety, aż do pięknych pejzaży i widoków. I oczywiście najważniejsza część filmu, czyli jego przekaz, który jest niczym innym jak wielką pochwałą rodziny i przywiązania. Bo rodzina i honor są najważniejsze.  Ckliwe przemowy głoszone przez Vina jednych rozbawią do łez, a innych poruszą. To jest ten niepowtarzalny urok tego filmu. Można powiedzieć o nim wiele, ale nie to, że jest pustą wydmuszką. Choćby ze względu na to, co sobą niesie. A dawno tak pozytywnego przesłania nie było.
Obsada tego filmu to jedna wielka rodzina, która z roku na rok się powiększała. Mam wrażenie, że coraz częściej oni grają po prostu samych siebie, tylko pod płaszczykiem filmu. Ja wiem, że to spore spostrzeżenie, zapewne przesadzone nawet, ale moje własne – suwerenne. Cała aktorska zgraja gra na najwyższych obrotach, drewna nie widać, sztuczności nie odnotowałem, nie będę robił z siebie durnia – jest zwyczajnie doskonale.

Ale są i rysy. Są. Choć niewiele, to jednak jest się do czego przyczepić. Przede wszystkim doklejenie twarzy Walkera. Naprawdę nie mam nic, a nic przeciwko, serio. Co mi przeszkadzało, to ciągłe powtarzanie tego samego uśmiechu, irytowało mnie to niezwykle. Po drugie – ciekawą rzeczą jest to, że podobnie jak w przypadku Szalonego Maxa – rozróba jest piękna, przednia, ale momentami jakby się gubiła jej całkowita słuszność. To takie nic, ale 140 minut filmu to nie jest takie o. Chociaż przyznam, że mimo pozornej chaotyczności ja tego nie odbierałem jako wadę. Coś raczej jak korzuch tworzący się na mleku. Naturalna rzecz. Część osób to jednak może odrzucić, a to jednak czasami spory problem.

Chciałem podsumować, lecz zanim to nastąpi muszę napisać jeszcze kilka słów o… Vinie Dieselu. Cały film został fenomenalnie napisany przez Morgana, ale jestem w 100% pewien jednego. Ostatnia, obrzydliwie krojąca serce każdego fana scena została napisana jako osobiste pożegnanie przez V. Jest to tak szczere, pełne uczucia, braterkiej miłości i szacunku, że zaniemówiłem. Po prostu czasami najprostrze rzeczy są najlepsze. Ostatnie kilka minut filmu to potężny hołd złożony przyjacielowi. Paul odjechał, ale zawsze będzie z nimi, gdy będzie potrzebny. W sercu. To silna pochwała rodzinnej więzi.
Daruję sobie podsumowanie, naprawdę przywiązałem się do nich w ciągu tych lat. Szybciej i Wścieklej już nigdy nie będzie.

FOR PAUL.

Jedna myśl nt. „Remember me, when I’m gone… – „Szybcy i Wściekli 7″

Odpowiedz na „~domka.pAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>