Rozpierducha w rytmie spalin, czyli „Mad Max: Na drodze gniewu”

Po premierze nie chciałem pisać o tym filmie ze względu na potężną ilość tekstów. Siedziałem w kinie jak wryty. Wszedłem jako dorosły facet, ale wyszedłem jako 13-14 letni dzieciak, który chce jak najszybciej rozładować natężenie emocji poprzez dziki rozpierdziel. Gdziekolwiek, jakkolwiek. Tak drodzy państwo, najnowszy Mad Max to druga niczym niezobowiązująca rozpierducha w tym roku jaką miałem ogromną przyjemność oglądać. I doprawdy – ciężko mi zdecydować, która lepsza. Faktem jest jedno, oba filmy były genialne i obu poświęcę oddzielny tekst. Ale zacznijmy od tego drugiego. W końcu w każdym drzemie dziecko, nieprawdaż? Nawet jeśli się odzywa podczas oglądania supeprodukcji dla dorosłych. Ale co tu ukrywać – to w końcu Szalony Max!

Nie macie pojęcia jak bardzo byłem przerażony, gdy usłyszałem po raz pierwszy o nowym Maxie. I tylko trochę lepiej było, gdy dowiedziałem się, że za sterami produkcji stanie jej ojciec, czyli sam George Miller. W trakcie produkcji, ujawniania nowych nazwisk, szumu medialnego sytuacja się zmieniała, raz lepiej, raz gorzej. Niczym w kalejdoskopie. Lecz pewnym (przynajmniej do pojawiania się zwiastunów) było to, że większość spodziewała się kiszki nie do oglądania. Zwiastuny jednak dawały nadzieję, nadzieję dawała również tak upragniona dla mnie wyższa kategoria wiekowa, R. I przede wszystkim Tom Hardy w duecie z Charlize Theron. Bo to dwójka uwielbianych przeze mnie współczesnych aktorów o niebagatelnym talencie. Jednak wszystko posiadało zbyt wiele niewiadomych, by być naprawdę dobrego zdania. Do czasu. Wczoraj ledwie obejrzałem ten film na ekranie komputera i… daje wciąż takiego samego kopa. Nic nie stracił ze swojej siły napędowej, nic nie stracił ze swojej siły podnoszenia ciśnienia i przede wszystkim – to cały czas tak samo potężna rozrywka jak na dużym ekranie.

Nie będę ukrywał, że fabuła nie należy do wybitnie rozwiniętych, ale też nie razi głupotą będąc tak naprawdę pretekstem do pokazania dwugodzinnej rozpierduchy na pustyni. Dręczony koszmarami Max trafia do niewoli w Cytateli rządzonej przez niejakiego Wiecznego Joe (co ciekawe w tej roli znany z roli złoczyńcy w pierwszym Mad Maxie z 1979 roku Hugh Keays-Burne). Wskutek wydarzeń dołącza (choć początkowo niezbyt chętnie) do uciekającej z nałożnicami głównego zloczyńcy Furiosy (w tej roli oczywiście fenomenalna, cyfrowo okaleczona Charlize). A więc przez większość filmu uciekają przed goniącym ich Wiecznym Joe co daje pretekst do pokazania przedziwnych miszmaszów samochodowych, które powstały koniec końców po to, by je na ekranie w epickim stylu zmasakrować. A styl to zaiste epicki.
Fajną sprawą jest to, że tak naprawdę wcale nie poznajemy głównych bohaterów. Max jest dręczony demonami, ale nie wiemy o nich za wiele. Nie wiemy dlaczego i co jest powodem dręczących go koszmarów, lecz nie jest nam to potrzebne. Wiemy ile trzeba. Podobnie jest w przypadku Furiosy. Nie ma ręki, szuka odkupienia. Ale dlaczego nie ma ręki i tym bardziej czemu szuka odkupienia się nie dowiemy (choć tego drugiego można się domyślać). To by było na tyle o fabule i głównych bohaterach.

Strona techniczna filmu, mam wrażenie, zgarnie sporo Oscarów w tej dziedzinie (choć może nawet i pierwszy z wspomnianych przeze mnie wielkich blockbusterow miałby szansę coś namieszać, tak sobie myślę tylko). Za zdjęcia odpowiada jeden z najwybitniejszych operatorow kamery na świecie – John Seale (Oscar za pracę na planie Angielskiego Pacjenta). Kawał genialnej, wyszuszonej, acz kolorowej i przede wszystkim dynamicznej roboty. Montażyści również mogą powalczyć o złotą statuetkę. I obrazu i dźwięku. Muza, co tu się wyprawiało. Junkie XL odwalił kawał nieziemskiej roboty. Tak dynamicznej, wybuchowej, rockowej (gitara ziejąca ogniem?!) i przy tym lirycznej i pięknej muzy w tym roku nie słyszałem. Kawał genialnej roboty. Muzyka w połączeniu z tym obrazem daje najbardziej wybuchową mieszankę ostatnich lat. Ale największe brawa należą się tutaj reżyserowi, 70 letniemu George’owi Millerowi. Nakręcił epicki, potężny blockbuster w taki sposób, że większoąć młodych twórców może pomarzyć o takim poziomie i efektowności. Tak się to powinno robić. Jest po prostu szwarnie, tak, jak powinno. Taki powrót legendarnej serii jest najlepszym, co mogło ją spotkać.

Ale koniec uwielbienia. Niestety. Jestem ogromnym fanem pierwszej części. Suchej, metodycznej i bardzo spokojnej. Naprawdę nie mam nic do takiej formy jaką tu widzimy, lecz Max utracił trochę swojej Maxowatości niestety. Stał się ”jednym z wielu”, choć znakomicie odegranym, nie ma co. Ilość demolki na ekranie powala, powoduje uśmiech na mordzie i przede wszystkim nie mczy, ale… Ale na tym utracił sam Max. Niestety największym moim zarzutem jest za mało Maxa w Maxie. Może to czepianie się, ale kocham starą serię i coś czuję, że pokocham i nową, ale do cholery – więcej Maxa! Jak wspominałem, że nie przeszkadza mi szczątkowa fabuła, to mówiłem prawdę – ale względem blocbustera. Cieszę się jedynie, że psychologii bohaterów nie potraktowano po macoszemu i nie dostajemy pustych kukiełek, a postaci z krwi i kości. Dlatego obawiam się kontynuacji. Bo jak u licha zrobić więcej, mocniej i bardziej? Twórcy mają jak dla mnie dwa wyjścia: Jeszcze większy rozpierdziel, albo… psychologiczne kino post-apokaliptyczne ze świadomością, że się może nie sprzedać.
Jak każdy fan serii muszę jeszcze wspomnieć, że ten film bardzo przypomina legendarną scenę ze starej trylogii, nieprawdaż? :P Tylko rozbuchaną do granic możliwości. I to stanowi paradoksalnie o jego sile.

Końcowy mój werdykt jest następujący: otrzymujemy film genialny, epicki, pełen wszystkiego, ale jednocześnie nie przesycony i napewno nie chaotyczny. Fan Mad Maxa otrzyma świetny restart serii, a miłośnik blockbusterów genialne kino akcji. Pod każdym względen. Twórcy nie traktują widza jak głupca, ale też nie robią ciężkostrawnej papki. Wszystko jest utrzymane w równowadze. I świrowatej stylistyce. Bo jest to film tak porąbany i pełen abstrakcyjnych pomysłów, że głowa boli. Jest świetnie i mimo moich żalów bez wahania wystawiam 9/10.

PS. Pierwszy z blockbusterów tego roku, który tak bardzo uwielbiam to… Szybcy i Wściekli 7. Nie sądzę, byście się zdziwili.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>