TOP 10, część IV – komedia (część I)

Po długiej przerwie wracam z listą TOP. Tym razem ruszam gatunek, którego szczerze nienawidzę i… mimo to w jednym TOP10 się nie zmieściłem. Dziwne, jak ciężko jest wybrać 10 tytułów, które postawi się ponad inne. Nawet w gatunku, którego szczerze nie cierpię. Z dwojga złego wybrałem najprostsze wyjście i ta lista nie będzie zawierać filmów starszych niż 40 letnie. Wybór nie był łatwy. Szczególnie, gdy dociera do Ciebie, że tyle dobrych komedii widziałeś. Każdy lubi się jednak śmiać. Nieprawdaż? Dodam jedynie, że parodii tutaj nie znajdziecie. Parodie to oddzielny typ kina, który też kiedyś przemielę na TOP 10. Jak zwykle nie ma tutaj podziałki od najlepszego do najgorszego. Jest po prostu wszystko.

10. Instrukcji nie załączono, 2013 r. (reż. Eugenio Derbez)
Cóż to za wspaniały film. Fenomenalna komedia dla wszystkich. A na dokładkę… meksykańska! Valentino (w tej roli reżyser) prowadzi beztroskie życie. Nie szuka związków, tylko przelotnej znajomości. Niestety któregoś razu jedna noc kończy się dzieckiem. Po 9 miesiącach zostaje mu podrzucona córeczka i tak się zaczyna. Valentino przenosi się do USA i zatrudnia się jako kaskader. W ten sposób mija 6 lat, aż któregoś razu zjawia się matka dziewczynki i chce ją ojcu odebrać.
Dawno nie widziałem tak uroczego, mądrego, cholernie rozśmieszającego i koniec końców wzruszającego. Jedna z najlepszych komedii jakie widziałem w życiu. Bo o życiu.

9. Grand Budapest Hotel, 2014 r. (reż. Wes Anderson)
Gdybym miał być uczciwy, to Wes Anderson zająłby połowę tej listy. Jest mistrzem po prostu.
Całość dzieje się w niezwykłym hotelu w którym zatrudnia się młody Zero Moustafa. Po niedługim czasie zostaje protegowanym i przyjaacielem konsjerża hotelu, Pana Gustava. Pech chce, że pewnego razu umiera właścicielka hotelu i zaczyna się wojna o spadek. Nic by w tym nie było nienaturalnego, gdyby nie fakt, że skradziono drogocenny obraz i do akcji wkracza policja i… płatny zabójca.
To najbardziej plastyczny, widowiskowy, porąbany i przede wszystkim kolorowy film ostatnich lat jaki gościł na moim telewizorze. Genialna obsada (Fiennes, Norton, Dafoe, Brody, Law, Keitel, Murray, Wilson, Swinton i kilka innych rozpoznawalnych twarzy), 4 Oscary i genialny scenariusz to odpowiednia zacheta. Brać i oglądać.

8. Choć goni nas czas, 2007 r. (reż. Rob Reiner)
Tego dzieła prawdopodobnie nie trzeba nikomu przedstawiać. Historia dwóch umierających na raka starszych panów, którzy przed śmiercią tworzą listy tego, co pragną zrobić zanim ona nadejdzie. Prosta historia jak but, a wzrusza i bawi jak mało jaka. Bo są filmy, które poza rozśmieszeniem widza przynoszą także ukojenie i przesłanie. Życie nie kończy się, gdy nam mówią. Kończy się, gdy my przestajemy chcieć żyć.
No i oczywiście główne role w wykonaniu Nicholsona i Freemana robią swoje.

7. Martwica Mózgu, 1992 r. (reż. Peter Jackson)
Tak się Peter Jackson bawił zanim nakręcił sławetnego Władcę Pierścieni. Jeden z najbardziej poronionych (i przy tym dobrych) filmów jakie świat widział. Efekt gwałtu szczurów na małpach (!) – małposzczur gryzie śledzącą swojego syna matkę. Po jakimś czasie zapada ona na tajemniczą chorobę, Martwicę Mózgu i umiera. Lecz niedługo po tym powstaje jako zombie. I ten to kaleczny opis fabuły (naprawdę nie chcę zdradzać nic więcej) tworzy jedną z najbardziej popierzonych komedii ever made. Jest totalnie odjechana, krwawa, pełna powalonych pomysłów (KOSIARKA!) i przy tym cholernie luzacka. Tak się to powinno robić.

6. Nietykalni, 2011 r. (reż. Olivier Nakache i Eric Toledano)
Nie będę się zbędnie rozpisywał na temat tego filmu. Jest to historia nietypowej przyjaźni pewnego bogatego, sparaliżowanego od szyi w dół francuza i czarnoskórego pielęgniarza. Tak powinno się pokazywać relacje między ludźmi. Tak powinno się kręcić prawdziwe komedie. Tak powinno się kręcić filmy o życiu. Obłędny film, obłędne aktorstwo. Każdy widział, a kto nie – niech nadrabia. Fenomenalne dzieło.

5. Achilles i żółw, 2008 (reż. Takeshi Kitano)
Arcydzieło. Nie mogło tutaj zabraknąć dzieła jednego z moich mistrzów. Artystyczna komedia dla miłośników sztuki. Przede wszystkim. Jest to opowieść o niepoprawnym artyście i jego perypetiach. Mimo, że jest to film o raczej gorzkiej wymowie, to bawi autentycznie i do łez. Tym razem nie powiem nic o fabule, bo nie wypada. Takeshi Kitano jest mistrzem. I zawsze nim był. Gorąco polecam.

4. Kiler, 1997 r. (reż. Juliusz Machulski)
A jednak Kiler (podpuściłeś mnie Adaś). Nie ma to jak wpakować taksówkarza o nazwisku Kiler w to, że jest killerem. Nieprawdaż? Kultowa dziś komedia z jeszcze bardziej kultowym Czarkiem Pazurą i oczywiście genialnymi dialogami. Kiler wygrywa jako jedna z najlepszych polskich komedii wszech czasów, choć pewnie i to bym potrafił poddać w polemikę. Ciężko mi uwierzyć, aby ktoś tego filmu nie widział.

3. Blues Brothers, 1980 r. (reż. John Landis)
Nie mogło tutaj zabraknąć jednej z najlepszych komedii muzycznych. Fenomenalny pokaz świetnej muzyki, przemyślanego, choć durnego scenariusza, śmietanki gwiazd ekranu i muzyki, oraz… czystej rozwałki. Ponad dwie godziny bluesa, country i akcji. Dwóch niepoprawnych muzyków otrzymuje ”jakoby” od Boga znak, by uratować sierociniec w którym się wychowali. Ciekawe, że jeden z nich dopiero co wyszedł z więzienia. Tak więc zbierają swój stary zespół i wyruszają w trasę, by zarobić na spłatę długów sierocińca. W ten sposób rozpoczyna się szalona podróż obfitująca w demolki, pościgi, kolejne demolki, rozwalanie wszystkiego co jeździ, a nawet… bazookę. Arcydzieło jedym słowem. I to ostro porąbane.

2. Dziwna Para II, 1998 r. (reż. Howard Deutsch)
Kocham ten duet. I kocham ten film. O wiele bardziej niż część pierwszą z… 1968 roku. Ten film i dwie części o zgryźliwych tetrykach (musiałem któryś wybrać, ale każdy z nich dobry tak samo) to po prostu pokaz czystego humoru. Dla każdego. Felix i Frank to przyjaciele z równie długim stażem, co temperamentem. Po siedemnastu latach nie utrzymywania ze sobą kontaktu oboje dowiadują się, że ich dzieci biorą ślub. Tak więc po przypadkowym spotykaniu wyruszają we wspólną podróż by dotrzeć na wspomniane wydarzenie. Jak się okaże nie będzie to łatwa podróż. Film pełen świeżych, niewymuszonych gagów w wykonaniu dwóch weteranów kina masakruje. Jest genialny. Każdy kto nie widział, niech nie traci czasu na spekulacje i odpala. Popis jednym słowem.

1. Monty Python i Święty Graal, 1975 r. (reż. Terry Gilliam i Terry Jones)
Jakie to jest popieprzone. To jest wg. mnie najlepszy film brytyjczyków. I proszę was NI mówcie, żeście NI widzieli tego filmu. W największym skrócie: Król Artur wyrusza na podróż w poszukiwaniu Świtego Graala. Absurdalną, powaloną i idiotyczną podróż dodam. To co się w tym filmie wyprawia jest niepojęte, a ilość kwasów zażytych na planie chyba jest niepoliczalna. Feria głupoty, imbecylistycznych gagów, kompletnego bezsensu i… brudu średniowiecza podana w takim sosie, że mało kiedy się nie śmiejemy. A wszystko się zaczyna od genialnej czołówki. Serio. Więc jeśli jeszcze jakimś cudem jest ktoś, kto NI widział tego filmu, to niech NI tarci czasu i ogląda. Bo naprawdę jest co.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>