Japońska popkultura w sosie własnym, czyli „Zatoichi”

Takeshi Kitano jest mistrzem. Tak oto rozpocznę typowy już dla mnie wstępniak. Każdy kto jest, czy też raczej każdy kto uważa się za miłośnika, tudzież fana kinematografii powinien znać to nazwisko. Choćby ze słyszenia. A już na pewno każdy fan kina japońskiego, tego współczesnego przynajmniej. Kitano jest jednym z najbardziej znanych i najlepszych współczesnych reżyserów i aktorów z Kraju Kwitnącej Wiśni. On, Takashi Miike i Shion Sono tworzą obecnie moją ulubioną trójcę, albo też Wielką Trójkę współczesnego kina japońskiego, jeśli komuś w ten sposób łatwiej rozumieć to stwierdzenie. I choć akurat w tym przypadku kilka razy moje zdanie wzbudziło kontrowersje, to najbardziej lubię właśnie jego. To mój ulubiony żyjący japoński reżyser. I żeby ktoś nie pomyślał, w całej historii tamtejszego kina, co najmniej dwoje innych reżyserów cenię sobie bardziej. I to bardziej niż większość jakichkolwiek twórców w całej historii szeroko pojętego kina. Ale to gadka na cały artykuł wręcz (za który mam coraz większą ochotę się wziąć, ale muszę skończyć sporą ilość już zaczętych). Ale wróćmy do głównego tematu – „Zatoichi”. Kocham ten film, podobnie jak uwielbiam starą serię filmów, choć mam o niej podobne zdanie jak sam Beat Takeshi, to jednak i ją polecam gorąco, choć legalnymi środkami jej znalezienie jest to wręcz niemożliwe, a i w sieci niewiele lżej. Dzieło to nie od dziś uważam za jedno z najbardziej popkulturalnych i porąbanych filmów, jakie w życiu widziałem (żaden Tarantino, czy Miike właśnie, nie mogą się mu, w moim mniemaniu oczywiście, równać). Po prostu kocham ten film, kocham jego zjawiskowość, jego przerysowanie i jaja, z jakimi był on robiony. Oto cały Kitano – nie można go brać na poważnie w takich filmach. Przejdźmy więc do części właściwej. Do recenzji, do opisu wydania DVD i „wolnej amerykanki” blogerskiej, po prostu miłości do kina z każdej strony, po sporej przerwie w pisaniu na poważnie. Zapraszam.

Kitano w Japonii był często kojarzony jako komik, o czym sam zresztą często wspomina w wywiadach. Mimo, że w ciągu lat poprzedzających tą produkcję występował i tworzył raczej poważne kino (fenomenalne, bardzo ciężkie „Hana-Bi”, czy też „Battle Royale”), to jednak wciąż w swoim kraju nie zawsze był odbierany tak, jakby tego chciał. Dzięki „Zatoichi”, zmieniło się to i Beat zaczął być oceniany u siebie, ba – sporo jego starszych produkcji zyskało na tym i zostało ponownie odkrytych. Sam reżyser określa swoje dzieło jako „współczesne historyczno-rozrywkowe”, co jest całkiem celne, aczkolwiek często wspomina o tym, że to bardzo poważny film i mimo wszechobecnego zarówno na planie jak i samym filmie humoru jest to film naprawdę poważny i dość smutny.
Beat Takeshi w swoim filmie tworzy Zatoichiego heroicznego. Jego postać jest honorowa i zawsze postępuje zgodnie z kodeksem, a swoje mistrzostwo ukrywa pod płaszczem niewidomego masażysty. Akcja przenosi nas do XIX wieku, główny bohater trafia do niewielkiej wioski w górach, którą kawałek po kawałku opanowuje bezwzględny gang Ginzy. Wskutek wydarzeń nasz bohater zostaje wciągnięty w walkę i staje się obrońcą uciśnionych, to bardzo znany motyw, ale podany w tak oryginalnym sosie, że nie sposób zarzucić mu wtórność. Tajemniczy przywódca gangu najmuje ronina (samuraja bez pana) i bardzo szybko pozbywa się rywali, tymczasem nasz bohater poznaje rodzeństwo Naruto, które w przebraniu gejsz poluje na morderców swojej rodziny. Wbrew pozorom nie jest to proste kino spod znaku japońskich filmów samurajskich (wyjmując oczywiście pełne treści i głębokich przesłań kino Kurosawy czy Kobayashiego), a mimo otoczki subtelnie podane poważne i momentami wzruszające kino.

Jeśli miałbym określić jednym sformułowaniem to dzieło, to bez wahania stwierdzam, iż jest to „sztuka dla sztuki”. I to najwyższej próby, gdzie sztuka nie przesłania całości i na obrót. Mimo, ze całość to ostra zabawa konwencjami i gatunkami.
Z jednej strony mamy brutalne, pełne krwi kino honoru i zemsty, by z drugiej strony otrzymywać przerysowane do granic możliwości walki ubarwiane specjalnie widocznymi efektami specjalnymi. Powaga miesza się z komizmem nadając produkcji wyjątkowego i niespotykanego klimatu – jest to dzieło głęboko zakorzenione w dawnej kulturze Japonii, które jednocześnie całymi garściami czerpie z współczesnych wzorców i trendów. Po prostu na swój jedyny w swoim rodzaju sposób urywa dupsko.

Powiecie „ok”, ale co z tego, jak stoi reszta. Jak stoi reszta? Jak to Takeshi przyzwyczaił, nie ma tutaj miejsca dla słabego aktorstwa i nie ma, co się oszukiwać, obsada spisała się na medal. A zaczynając oczywiście od samego Kitano, który poza napisaniem scenariusza i reżyserią wystąpił także w głównej roli, o której sporo mówi w wywiadzie. Oddał sobą całkowicie nowy obraz głównego bohatera, bardzo współczesny i jednocześnie klasyczny i honorowy w stylu typowo japońskim. Poza nim najbardziej w pamięci zapadł mi Tadanobu Asano w roli ronina Hattori. Warto wiedzieć, że ten aktor przed rozpoczęciem zdjęć kompletnie nie potrafił władać kataną (samurajskim mieczem, toć nie wszyscy muszą o tym wiedzieć), jednak w ciągu trzech miesięcy tak dobrze opanował tą sztukę, że wszyscy byli pod głębokim wrażeniem. Sam Asano całkowicie oddał się swojej roli i uważam, że momentami to on wiódł prym na ekranie. A wiele razy widziałem ten film, tyle, że cytatami rzucać mogę wręcz z rękawa. Nigdy mi się nie znudzi. Takeshi Kitano zebrał naprawdę znakomitą obsadę, bo wystarczy wspomnieć takie znakomitości jak Michiyo Ookusu, czy Ittoku Kishibe by to docenić. No wiadomo, szeroko znani nie będą w naszym kraju, lecz dla miłośników tamtejszego kina i samych Japończyków to bardzo znane dziś osobistości i bardzo słusznie.

Jeśli chodzi o stronę techniczną to tutaj mogą się zacząć schody. Otóż trzeba wziąć pod uwagę, że to bardzo, a wręcz BARDZO rozrywkowa rzecz. Wystarczy pooglądać trochę materiałów z planu, by zobaczyć jak dobrze się ekipa bawiła na planie (a dodatki na DVD w pełni wystarczą, by zrozumieć reżysera i podejrzeć samą pracę na planie). Najczęściej krytykowaną i jednocześnie najczęściej docenianą częścią filmu są efekty specjalne. Naprawdę trudno je brać na poważnie, przecież to aż niepoważne – jednak w bardzo pozytywnym stylu. Jeśli już przełkniecie taki styl kręcenia to będzie z górki. Przede wszystkim muzyka. Muzyka w tym filmie to temat na wręcz osobny akapit, więc…

…więc niech będzie osobny. Bardzo często spotykam się ze zdaniem, że to właśnie muzyka odgrywa główną rolę w całości. Jednak ja mam zdanie podobne do reżysera. Muzyka nie tyle jest główną bohaterką filmu, a nadaje mu tempo i prowadzi w szaleńczym tempie do wybuchowej końcówki. Zwróćcie uwagę na scenki muzyczne, pozornie bezsensowne połączenie niepasujących do niczego scenek i muzyki, której nadają tempo aktorzy wykonujący różne czynności (praca w polu czy budowa domu). Część się będzie zastanawiać co u licha, ale wsłuchajcie się w muzykę i zwróćcie uwagę na to, co się dzieje w tle, bo właśnie muzyka nadaje temu tak oryginalnego znaczenia i wyglądu. W tej produkcji zdaje się, że nic nie jest nieprzemyślane. I podobnie też uważam. A kto jest odpowiedzialny za muzykę? Keiichi Suzuki, a gościu to, zapewniam, wybitny kompozytor, choć nie wiem, dlaczego tak mało znany. Kitano nie pierwszy raz z nim współpracował, ale mam wrażenie, że tym razem wybrał go specjalnie z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest to, że Suzuki jak mało kto potrafi wyczuć japońską kulturę muzyczną i połączyć ją z nowoczesnymi brzmieniami (te bity urywają to i owo), a drugim powodem jest to, że jest ma on niezwykłe zdolności aranżacyjne i potrafi wymyślić na miejscu wiele oryginalnych smaczków (w końcu większość „muzycznych” scen było na bieżąco wymyślanych). I nie myślcie, że reżyser go wybrał dlatego, że nie miał innego wyboru, bo wiele razy współpracował (także i przed tą produkcją) z jednym z bodaj dla mnie najwybitniejszych żyjących kompozytorów muzyki filmowej i poważnej, samym Joe Hisaishim znanym szerzej z pisania przepięknej muzyki do animacji ze studia Ghibli.

Co by nie rzec, technicznie nie ma co szukać dziur w całym, zawsze znajdzie się parę niedociągnięć, ale nie ma perfekcyjnej doskonałości bez żadnych wad (choć zdarza mi się tak mówić o kilku filmach). Montaż to czysta zabawa, z jednej strony teledyskowy wręcz, cholernie szybki, ale jednocześnie potrafi być stonowany, a jest to zasługą… Takeshiego Kitano, który zajął się montażem kolejny raz pracując z jednym ze swoich stałych współpracowników, Yoshinorim Ootą (parę lat wcześniej razem pracowali między innymi przy przebojowym i równie porąbanym jak niniejszy, filmem „Brother”, do którego muzykę napisał wyżej wspomniany właśnie Hisaishi). Montaż to kawał porządnej i doskonale wykonanej roboty. Scenografia tutaj odgrywa równie ważną rolę i jest doprawdy wyśmienita. Od ułożenia planów, aż po lokacje i otoczenie. O czym wspominał sam reżyser w wywiadzie, to kostiumy. Każdy, bez wyjątku był osobno dostosowany i uszyty dla każdego z aktorów, kimona i dodatki do nich musiały być idealne i kolorystycznie dopasowane, pisząc to polecam zwrócić uwagę nie tyle na połączenia kolorów na ubraniach, a dopasowanie ich do sytuacji i barw, w jakich są pomalowane… pokoje. Niby nic, a dopiero niedawno zauważyłem tą prawidłowość. Yohji Yamamoto odwalił kawał niesamowitej roboty i uważam, że wręcz na miarę Oscara w kategorii kostiumy.
Celowo zostawiłem na koniec reżyserię i scenariusz, za które odpowiada Kitano we własnej osobie. Otóż o ile reżyseria jest prowadzona perfekcyjnie, aczkolwiek bardzo „luzacko” i ze sporą dozą wolnej ręki na planie, to scenariusz i kulisy jego powstania to inna bajka. Cała historia, czy jak kto woli, skrypt jest oparty na motywach klasycznej już powieści Kana Shimozawy o tytułowym, dla starszego pokolenia Japończyków wręcz legendarnym wojowniku, acz (z tego co pamiętam) na tym kończą się głębsze powiązania z pierwowzorem, wyjmując oczywiście główną oś fabularną. Większość wątków została wymyślona przez samego autora scenariusza, który postawił warunek, gdy zgodził się na zagranie głównej roli. Warunek ten dotyczył oczywiście całkowicie wolnej ręki przy tworzeniu nie tylko scenariusza, ale także całego filmu. Dzięki temu dostajemy tak oryginalny (przy zachowaniu całej otoczki i głębi oryginału, czy też nawet dla wielu legendarnej roli poprzednika Kitano, o którym także wspomina w wywiadzie) i bardzo współczesny, wręcz nowoczesny wizerunek klasycznego bohatera, którego, gdybyśmy przenieśli do naszego kraju, to nazywalibyśmy go po prostu Janosikiem. Każda kultura ma takiego swojego bohatera, lecz Azjaci mają ich tysiące i o każdym z nich z powodzeniem można nakręcić film.

By nie przeciągać, a to jeszcze nie jest koniec, to podsumuję recenzję. Ale w odpowiedzi na kilka oznak niezadowolenia, że rzadko piszę o minusach recenzowanych przeze mnie filmów chciałbym wam dać frajdę i specjalnie dla was znalazłem jedną rzecz, która mi nie pasowała trochę w całości, aczkolwiek w żaden sposób nie zaniża mojej oceny i odbioru. Mówię tu oczywiście o humorze. O ile sam humor nie razi, jest doskonale dopasowany i przede wszystkim przemyślany, to momentami zbyt jaskrawo się zaczyna dziać, bowiem z jednej strony mamy dramat, a zaraz później parskam śmiechem. Ale jak mówiłem, mi to nie przeszkadza, bowiem od początku nastawiłem się na kino ultrarozrywkowe i nie zawiodłem się. A pomysł z szalonym, kilkuminutowym tańcem na końcu uważam za jeden z najlepszych pomysłów na zakończenie filmu w historii kina, toż to miażdży na zakończenie podwójnie.
A więc entuzjastycznie zachęcam do obejrzenia niniejszej produkcji i jak to mam w zwyczaju, stwierdzam, że każdy fan kina powinien to zobaczyć, a już na pewno fan azjatyckiego kina.
Jak nietrudno się domyślić, mój drogi czytelniku, oceniam ten film bardzo wysoko i moja ocena (w zależności od nastroju i humoru) waha się między 9 a 10 w dziesięciostopniowej skali. To popkulturalne kino historyczno-rozrywkowe, które można odbierać, jako metaforę współczesnego stylu bycia Japończyków. A już na pewno samego reżysera. Na tym kończę recenzję i Ci, którzy mają dość mogą przejść od razu do komentowania, czyli przescrollować stronę do komentarzy (jak zwykle zachęcam do komentowania), na sam dół.
Ja tym czasem opiszę po krótce poniżej wydanie DVD i polecam przeczytać.

Dystrybucją filmu w Polsce zajęła się znana skonikąd filma „BEST FILM”, którą od zawsze polecałem.
Osobiście otrzymałem jednopłytowe wydanie zamknięte w schludnym pudełku z nieszpecącą okładką (z czym wielu wydawców miewa problemy). Format obrazu to klasyczna panorama 16:9 i nadaje się do dobrego odtwarzania nawet w wysokiej rozdzielczości. Nośnik odtwarzałem z odtwarzacza blu-ray na 60 calowym telewizorze i nie mam powodów do narzekania. Film dostajemy w polskiej wersji lektorskiej z dźwiękiem przestrzennym 2.0, oraz oryginalnym 5.1 (i tak polecam oglądać, bo wszystkie muzyczno-dźwiękowe smaczki wyraźnie słychać), oraz napisami polskimi. I tyle.
Jeśli chodzi o dodatki, to tutaj moje oczekiwania jak zwykle w przypadku BEST FILM zostały zaspokojone, pomijając garść zwiastunów i reklamę Szkoły Samurajów „Battodo” na płycie znalazł się dość obszerny, 27 minutowy wywód (czy też wywiad) reżysera o filmie, z którego to sporo zaczerpnąłem w powyższej recenzji, lecz największe smaczki zostawiłem nieodkryte, bowiem sporo można się dowiedzieć nie tylko o filmie, ale także o kulturze Japończyków i m.in. powiązaniach Kitano z… samym Akirą Kurosawą, a także kilka słów o starszych filmach o Zatoichim. Cały wywiad/wywód jest w wersji z polskim lektorem, co jest naprawdę pomocne, bowiem Beat mówi w nim jedynie po japońsku. Ale sam wywiad to nie wszystko, jest jeszcze jeden rarytasik wręcz, a mianowicie 40 minutowy dokument, albo też kronika z planu, tutaj dopiero widać jak wielką frajdę miała ekipa na planie filmu, choć ja i tak najbardziej zapamiętałem sweter w paski i kurtkę z filmu „Brother”, którą nosił Kitano, a przede wszystkim nieodłącznego wręcz od jego wizerunku papierosa. Cały ten filmik stanowi doskonały podgląd pracy i zabawy ekipy, cenna i przydatna rzecz, z której też czerpałem pełnymi garściami. Tym razem jednak jest z samymi napisami, jednakowoż cóż to za różnica, nie jest to film dla młodszych dzieci, a więc z czytaniem nikt problemów mieć nie powinien. Jeśli mam się przyczepić, to momentami brakowało tłumaczenia dialogów między ekipą do pełniejszego zrozumienia, lecz to i tak nie przeszkadza.
Całe wydanie zasługuje na najwyższe uznanie, gdyż mimo tylko jednej płyty w pakiecie oferuje więcej sensownych dodatków niż niektóre dwupłytowe wydania, w dodatku w całości po polsku, więc laikom językowym nie sprawi żadnego problemu. Przyznam, że nieczęsto mam ochotę oglądać dodatki na płytach, bowiem są zwyczajnie nijakie, to tym razem połknąłem całość zaraz po obejrzeniu filmu. Rzadko kiedy dodatkowe materiały dodawane w naszych polskich wydaniach są tak bardzo przemyślane i co najważniejsze – rzadko kiedy tak bardzo dopełniają obrazu samego filmu, a także niniejszego tekstu, który przyznam, że całkowicie się pojmie po zobaczeniu bonusowej części płyty. Sama recenzja ma zachęcić i w moim mniemaniu to robi, a opis DVD ma was zachęcić do jego kupna, bo cholernie warto, a nie sądzę by było drogo. Na allegro zapewne po parę złotych pójdzie, a i nowe więcej niż 30 zł z przesyłką nie powinno już dziś kosztować.

A na koniec pragnę podziękować Tobie mój czytelniku, jeśli przebrnąłeś wraz ze mną przez cały tekst, wymagał on sporej cierpliwości, wiem. Kolejny raz nie utrzymałem limitu 2000 słów.
Następna recenzja dzieła Takeshiego Kitano zapewne niedługo, a będzie mówiła o wspomnianym tutaj kilkukrotnie, porąbanym filmie „Brother”, który to też cenię.
Do następnego!

PS. Prawda, że nie zgadliście, kto był przywódcą gangu? Nie sposób bez wcześniejszego zajrzenia do scenariusza.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>