Muzyczne TOP 2014 wg. silver-screen

Rok 2014 obfitował w niezliczone niespodzianki, tak filmowe (o których niedługo napiszę), jak i muzyczne. Nie obyło się niestety bez srogich (nawet bardzo!) zawodów, jednakże większość niesmaku wynagradzały mi znakomite wydawnictwa, które niejednokrotnie były naprawdę niespodziewane. Tak więc poniżej znajdziecie przedstawicieli metalu ekstremalnego, ale także jazzu, muzyki popowej, awangardowej, a nawet poważnej. W sumie każdy znajdzie coś dla siebie. Piszę to z przeznaczeniem na listę 30 wydawnictw, jednakoż jak znam życie nie zmieszczę się. Muszę ponadto zaznaczyć, że ta lista nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek chronologią, to zbiór najlepszych moim zdaniem wydawnictw w minionym już, 2014 roku. Zapraszam do czytania i komentowania, ale pamiętajcie: niekonstruktywnego hejtu nie będę tolerował. Tak więc po 3 dniach ostrego siedzenia i myślenia, po odrzuceniu wielu znakomitych albumów wybrałem te, które moim zdaniem zasługują na największe uznanie w minionym roku. Lista jest długa, ale porządnie i merytorycznie opisana, więc nawet jeśli jesteś laikiem, to bez problemu się odnajdziesz.

Jedźmy więc od przysłowiowego „końca”:

50. Jimmy Greene ”Beautiful Life”

Jimmy, oj Jimmy. Jest tak, że gdy jeden z najwybitniejszych obecnie żyjących jazzowych saksofonistów bierze się za nagrywanie nowego albumu, to my, miłośnicy jazzu umieramy z ciekawości. Ja osobiście jednak byłem ciut, na szczęście niepotrzebnie, zaniepokojony. Ot, jeśli nie wiecie, to ten znakomity muzyk stracił 14 grudnia 6 letnią córeczkę. A stało się to w dramatycznych okolicznościach, bowiem Ana (bo tak miała na imię) była jednym z 20 dzieci zamordowanych w głośnym zamachu w Szkole Podstawowej w Newtown. Album oczywiście został jej zadedykowany. Ale jeśli chodzi o samą zawartość, to tylko się rozpływać. Wystarczy spojrzeć na listę zaproszonych gości. Kenny Barron, czy Kurt Elling wystarczą jako odpowiednie zachęcenie. Całościowo wyszedł najlepszy jazzowy album roku. Bez wątpienia. Choć przejmująco smutny. Nie powiem, ciutkę pochlipałem.

49. Opeth „Pale Communion”

Cóż, szwedów albo się lubi, albo nie. Szczególnie obecnie. Najnowszy album jest w każdym calu doskonały, takie artystyczne prog-rockowe gdybanie przy kawie i papierosie. Ale jest to jednocześnie jeden z najdojrzalszych i najtrudniejszych w odbiorze tegorocznych albumów. Jest naprawdę doskonały. Mikael Akerfeldt jest w doskonałej formie, zarówno wokalnej jak i umysłowej. Kompozycje są przemyślane i przepiękne, w szczególności ”River”, który stał się jednym z moich hymnów. Ten album to kolejne wybitne arcydzieło muzyczne tego roku.

48. Ange Hardy „The Lament of Black Sheep”

Zaskoczeni? Pierwszy raz widzicie takie nazwisko? Nie dziwię się, sam poznałem je ledwie paręnaście dni temu. Uprawia ona szerokopojętą muzykę folkową. Ale nie jest to głupie pitu-pitu. Oj nie. To doskonała, wspaniale zaśpiewana i nagrana płyta. Ange Hardy sama pisze teksty, które później śpiewa, a dziś to naprawdę jest rzadkie koniec końców. To wspaniale, ze dziś znajdują się tacy ludzie, którzy z pełną pasją i oddaniem tworzą tak wspaniałe albumy. Gorąco polecam, bo tak powinna brzmieć muzyka folkowa.

47. Catherine MacLellan „The Raven’s Sun”

Country, naprawdę uwielbiam tą muzykę. Kocham podejście tych ludzi do ich grania i kocham ich prostotę. Catherine jest córką legendarnego już Gene MacLellana. Widać, które geny odziedziczyła po nim. To jeden z najpiękniejszych gatunkowych albumów roku. Wspaniałe kompozycje (tytułowa!), ta radość z muzyki słyszalna w każdej nucie albumu i przede wszystkim – niesamowita naturalność to największe atuty tego wydawnictwa. No i koniec końców Catherine ma naprawdę wspaniały głos.

46. Lori McKenna „Numbered Doors”

Kontynuując męczenie tematu country. Lori McKenna jest w moich oczach jedną z najlepszych piosenkarek country obecnie żyjących. To klasyczne, ale jednocześnie cholernie świeże granie. Jej doskonały głos i wspaniałe możliwości aranżacyjne w końcu dostały tego, czego potrzebowały wcześniej. To jeden z najlepszych albumów country ostatnich lat. Do pomocy sobie wzięła nie byle kogo, bowiem znakomitego multiinstrumentalistę Marka Erelliego. Wspólnie stworzyli spójny, bardzo dojrzały i poważny album, wspaniały i przepiękny. Dla wrażliwych słuchaczy.

45. Sturgill Simpson „Metamodern Sounds of Country Music”

A to Ci psikus, nie powiedziałem o country jeszcze wszystkiego. Otóż ten o to młodzieniec A.D. 1978 dokopał chyba najbardziej w tym roku. Jego wydawnictwo popisuje się na każdym kroku i robi to doskonale. Jest to prawdopodobnie najlepsze tegoroczne dzieło spod znaku country. Doskonale opracowane, zgrane i zaśpiewane (coraz częściej się zastanawiam, czy słówko ”meta” jest w tytule przypadkowo). Czysta frajda i radocha podczas słuchania. Takie country to ja przyjmuję baz żadnej popity! A to ledwie druga pozycja w dyskografii owego jegomościa. Już nie mogę się doczekać następnych.

44. Alcest „Shelter”

Ale zejdźmy już z tematu country. Cóż, francuzi podobnie jak Opeth odchodzą coraz bardziej od tego, co brzdąkali na początku. Atmosferyczny (choć mocno liryczny) black metal zastąpił hermetyczny shoegaze z nutką rocka (metalu?) progresywnego. Jednakże jak dla mnie bomba. Począwszy od początku aż po monumentalny niemalże utwór końcowy i poprzedzającą go przepiękną balladą „Away”. Niech będzie. Jaram się, ale to kolejne arcydzieło. Ten rok był obfity w znakomite dzieła.

43. Vader „Tibi et Igni”

Pora zaznajomić was z mocniejszym brzmieniem. Ot ten album mnie dosłownie urzekł. Nie, to nie jest żadne arcydzieło. To po prostu prawilny metal. Tak prawilnie prawilny jak winien być death metal. Łeb sam zaczyna się machać, a odpowiednio szybkie tempa poprawiają nastrój momentalnie. Vader ma do siebie to, ze wydaje albumy dobre, bądź nawet bardzo dobre lub kompletne chały. Ten na szczęście jest bardzo dobry. Po prostu nie zostaje nic więcej, jak tylko założyć słuchawki i odpalić, bowiem jest tam wszystko,c zego potrzeba zagorzałemu fanowi deff metalu. Jest zło, zniszczenie, potworna sieczka, jest mrocznie, jest nawet… symfonicznie, no i przede wszystkim jest ciężko. Mniam jednym słowem.

42. Lana Del Rey „Ultraviolence”

O tym albumie pisałem już przy okazji jego premiery. A recenzję można przeczytać tutaj.

41. Epica „The Quantum Enigma”

Epica od lat przyzwyczaja mnie do niesamowicie wysokiego poziomu prezentowanej muzyki i jak dotąd się nie zawiodłem. Tak było i tym razem. Simone Simons i ekipa wiedzą jak podłechtać ego miłośnika ciężkiej muzyki progresywnej wymieszanej z orkiestrą symfoniczną. I tym razem dostejemy ponad godzinę materiału na najwyższym muzycznym poziomie (nie tylko metalowym), a utwór tytułowy jest kwintesencją tego, czym jest i będzie Epica. Jest moc! Jest liryczny, niemalże operowy wokal kobiecy, ale do wyrównania mamy także doskonały i ciężki growling, a nawet porządny scream. Czego więcej chcieć? No i z tym tytułem pierwsza dziesiątka za nami. Było źle? Chyba nie.

40. Electric Wizard „Time to Die”

Jeśli dziś istnieje choć jeden zespół na usługach szatana, to jest to właśnie Electric Wizard. Ale za to w jakim to stylu robią! Doom metal, który jest memu sercu gatunkiem najbliższym w wydaniu bardzo, ale to bardzo staroświeckim. Muzyka eksperymentalna, bardzo nietypowa i przede wszystkim staroświecka. Lata 60/70 mi się na myśl nasuwają. Jest to wspaniały przykład, ze muzyka doom metalowa z powodzeniem może być łączona z troszkę innymi gatunkami. Całość jest przyprawiona odpowiednią dawką ”elektryczności”, obleśnego, wręcz złowieszczego klimatu i szatanem wylewającym się z niemalże każdej zwrotki. Naprawdę lubię ten zespół cholernie bardzo. I tym razem nie zawiedli. Oby tak dalej.

39. Novembers Doom „Bled White”

Rzecz to niezwykła. Naprawdę. Porządna doom metalowa nawalana z niezłym death metalowym zacięciem. Od pewnego czasu bardzo uważnie obserwuję amerykanów. Zwrócili moją uwagę już w 2007 roku, doskonałym albumem ”The Novella Reservoir”. W każdym bądź razie nie byłem przekonany początkowo jednak do ich nowego wydawnictwa. Ale jak to często bywa, muzyka w trakcie słuchania staje się lepsza i lepsza. Ostatecznie jest to jeden z najrówniejszych i najmocniejszych doom metalowych albumów minionego roku.

38. Wijlen Wij „Coronachs of the Ω”

Belgów z Wijlen Wij uważam za jedno z najlepszych prywatnych odkryć ostatnich lat. To muzyka, która od lat daje mi niesamowicie dużo muzycznych emocji. To tak atmosferyczny funeral doom metal jakich mało. Cały album rozpisany na pięć znakomitych kompozycji, przy czym szczególnie w pamięci zapisał mi się monumentalny utwór ”Laying Waste to the city Jerusalem”. Po prostu zakładać słuchawki na uszy i oddawać się tej bądź co bądź cholernie mrocznej i przyciężkiej muzyce. Ten gatunek wymaga sporego poświęcenia. Polecam ten wybitny album.

37. Steven Wilson ”Cover Version”

Tego pana nie trzeba nikomu przedstawiać, nieprawdaż? Otóż w tym roku wydał on kolejny album, który jest swego rodzaju kompilacją. Lecz obojętnie koło niego nie mogłem przejść. Połowa utworów na albumie to covery takich artystów jak… ABBA czy Alanis Morisette. Druga połowa to autorskie kawałki samego Wilsona. Ten album jest kompletnie solowym przedsięwzięciem muzyka. Steven sam zagrał na wszystkich instrumentach i zaśpiewał każdy z utworów. Ten album to przede wszystkim gratka dla miłośników eksperymentalnego rocka. Z naciskiem na EKSPERYMENTALNY.

36. Kenny Barron & Dave Holland „The Art of Conversation”

Jakby komuś brakowało jazzu. Doskonały duet dwóch wybitnych muzyków zaowocował dość dziwną i na pewno niełatwą płytą. Dla mnie to jednak kwintesencja miłości zarówno do muzyki i jej wykonywania. Połączenie stylu znakomitego pianisty (Barrona) i nie ustępującego mu w niczym kontrabasisty (Hollanda) daje odpowiednio wymierne wyniki. Po latach współpracy scenicznej zagrali w duecie i robią to znakomicie. To żywa, uczuciowa i bardzo jazzowa płyta. Naprawdę nie wiem, czego więcej chcieć. Chyba większej ilości takich wydawnictw. To po prostu mistrzowski album nagrany przez mistrzów. Połączenia starego stylu z nowym. Polecam bardzo.

35. John Wesley „Disconnect”

Był już główny założyciel i naczelny Porcupine Tree na tej liście, a mowa oczywiście o Stevenie Wilsonie. Teraz pora na kolejnego członka tegoż zespołu, czyli Johna Wesleya. W zasadzie dostajemy kawał porządnej rzemieślniczej roboty. Znakomity, niemalże rockendrollowy album, choć na pewno nie tak prosty. Jest frajda, jest sporo abstrakcji i mnóstwo smaczków. Mniejszych lub większych. A wisienką na torcie jest gościnny udział Alexa Lifesona z legendarnego już zespołu Rush w utworze ”Once a Warrior”. Koniec końców otrzymujemy bardzo przemyślany, oryginalny i znakomity krążek, lecz tylko dla miłośników dość abstrakcyjnego rocka.

34. Dir En Grey „Arche”

Tak, japońszczyzny również zabraknąć nie mogło. I gwarantuję, że jeszcze znajdziecie. Pierwsze pytanie jakie się nasuwa większości fanów, czy jest to w końcu powrót do korzeni? Tak. I to chyba największy plus. Ja należę do wielkich miłośników ich poprzedniego długograja ”Dum Spiro Spero”. Przyciężkiego, mrocznego, bardzo brutalnego i momentami monotonnego (ale dla mnie to żaden minus). Nowy album jest powrotem starego Dir en grey. Mamy 16 mocnych, skocznych i bardzo melodycznych kawałków. Można zapomnieć o dziwactwach z poprzedniej płyty. Choć mi trochę szkoda tego, to jednak bardzo, bardzo dobry album. Jedno z najlepszych japońskich wydawnictw minionego roku.

33. Burnt Belief „Etymology”

Byli już Steven Wilson i John Wesley z Porcupine Tree, pora na kolejnych członków tego zespołu czyli Colina Edwina i Jona Duranta. Obaj panowie w duecie stworzyli jeden z najlepszych progresywnych albumów roku. Kawał porządnej, odpicowanej i nabajerowanej muzy. Oczywiście bez gości się nie obyło, a tym razem zaszczycili ich tacy muzycy jak Vinny Sabatino, czy Steve Bingham. Jest o co walczyć. Jestem urzeczony tym wydawnictwem od pierwszego odsłuchania. Szkoda, ze akurat ten projekt jest tak mało znany w Polsce. W każdym razie bardzo, ale to bardzo polecam. Obcowanie z taką muzyką to sama przyjemność.

32. Transatlantic „Kaleidoscope”

Skoro siedzimy w muzyce progresywnej to nie mogło tu zabraknąć chyba największej i najlepszej prog-rockowej supergrupy na świecie, czyli Transatlanticc, który to zrzesza ze sobą muzyków z takich legend jak Dream Theater, Spock’s Beard, Flower Kings, Marillion i Pain of Salvation. Otóż rok 2014 przyniósł ze sobą nowy album tego zespołu. Arcydzieło, które otwiera 25 minutowa kompozycja. Nie jest to tak doskonały album jak „SMPT:e”, ale to dzieło wybitne, no bo jakżeby inaczej. Jak dla mnie tylko wersja dwupłytowa, bowiem na drugim dysku (pierwszy i tak trwa 80 minut!) znajdują się dość ciekawe covery. Miażdżą jednym słowem. Gorąco zachęcam do słuchania.

31. Katatonia „Kocytean” EP

Dla mnie, miłośnika wszelakich doomowych rzeczy nie mogło zabraknąć Katatonii, a szczególnie, ze zeszłoroczna EP to rzecz niezwykle genialna i doskonała. Sześć utworów, które pokazują kwintesencję starej Kakatonii. Utwory, które były publikowane na specjalnych edycjach różnorakich wydawnictw zespołu. Nigdy nie były dodane jako pełnoprawne utwory, a to bardzo zastanawiające. To kawał muzyki, która nadaje wieczorom niesamowitego, melancholijnego klimatu. Jeśli kiedykolwiek skreśliliście Katatonię z bardziej lub mniej poważnych powodów to dajcie im jeszcze jedną szansę. Bo warto. Dajcie i sięgnijcie po to wydawnictwo.

30. Katatonia „Last Fair Day Gone Night”

Katatonia po raz drugi! Nie jestem zwolennikiem wydań koncertowych, jakoś rzadko mnie urzekają, lecz obok tego nie mogłem przejść obojętnie. Dwupłytowy album zawiera zapis koncertu z londyńskiego klubu Koko, który odbył się 6 maja 2011 roku. Grupa świętowała wtedy swoje dwudziestolecie i wykonała na żywo, w całości doskonały krążek ”Last Fair Deal Gone Down”, który przez wielu z nas jest uważany za szczytowe dokonanie szwedów. Druga połowa ma raczej charakter przekrojowy. I sięga po kawałki z kilku płyt szwedów, warto zwrócić uwagę, że znajduje się tam nawet rzecz wprost z legendarnego ”Brave Murder Day”. Całość zamyka się w 23 kawałkach, czyli całkiem sporo. Na drugiej płycie DVD znajduje się za to gratka dla miłośników (i raczej tylko dla nich) zespołu, czyli dokument, który trwa aż 2,5 godziny. Polecam. Wspaniałe wydawnictwo.

29. Desesperanza „Desesperanza”

Oh ten funeral doom metal. Desesperanza jest jednym z największych dla mnie zaskoczeń minionego roku. To mroczny i potężny debiut jakiego się nie spodziewałem. Naprawdę. Chłopaki czuję doom metal i wiedzą jak się w nim poruszać. To kawał znakomitej roboty rozpisanej na 5 utworów i niecałe 50 minut muzyki. Amerykanie znają się na tym i owym, toteż muzyka nie jest wcale tak lekka i nijaka, jak to coraz częściej bywa. Bardzo mrocznie polecam, choć to twór przeznaczony tylko i wyłącznie dla koneserów gatunku. Reszta się zanudzi na śmierć.

28. Darkest Era „Severance”

W zeszłym roku irlandzka grupa Darkest Era poprawiła mi humor w zasadzie od pierwszego przesłuchania ich kolejnego albumu. Co najbardziej się na nim w oczy rzuca, to brak (i to całkowity) jakichkolwiek folkowych wstawek instrumentalnych. Darkest Era stali się pełnoprawnym dark metalowym zespołem. I to paradoksalnie właśnie ten aspekt jest największym plusem całego albumu. No tak, znajdziemy tutaj blackowe zadęcia, niczym nie skrępowany łomot, ale to mimo wszystko bardzo surowy, acz uczuciowy album. Dotrze do miłośników. I zdaje się, że nie tylko.

27. Hans Zimmer „Interstellar”

Zwykle nie umieszczam soundtracków w takich zestawieniach, a na tej liście dują się aż dwa! Dawno mnie Zimmer tak nie uszczęśliwił, dawno nie napisał tak fajnego, oryginalnego i żywego soundtracku co ten. Bardzo mi się spodobał ze względu na zastosowane przez niego smaczki. Posłuchajcie sami. To cholernie mocny, znakomicie napisany i doskonale zaaranżowany soundtrack z tych, które doskonale sobie radzą jako oddzielna część bez filmu. Polecam serdecznie.

26. Harakiri for the Sky „Aokigahara

Austriacki projekt Harakiri for the Sky zapewne nie przypadnie do gustu sporej większości. A to dlatego, ze to takie depresyjne rzężenie w pseudo post-blackowym stylu. Cóż, jest to płyta zasadniczo długa, trwa 74 minuty, a rozpisana jest na 9 kawałków. Co przede wszystkim zwraca uwagę na tym albumie to dość niekonwencjonalne podejście do młócenia black metalu. Przede wszystkim do głowy przychodzi mi tutaj nasza rodzima formacja Furia, która w tym zestawieniu takoż się znajdzie. Miłośnikom wszelakich dziwactw, aczkolwiek podanych w stosunkowo monotonnym sosie gorąco polecam.

25. Bloodbath „Grand Morbid Funeral”

Po sześciu latach oczekiwania szwedzka formacja Bloodbath w końcu zaszczyciła nas nowym wydawnictwem. I to bardzo dobrym, death metalowym, wydawnictwem. Najważniejszą zmianą jest oczywiście wokalista, genialnego Mikaela Akerfeldta z Opeth zastąpił równie genialny Nick Holmes z legendarnego Paradise Lost i… ależ to jest nawalanka! To najlepszy deathmetalowy album ostatnich lat. Jest mocny, brutalny, cholernie ciężki i staroświecki jak cholera. Jeśli dziś jest jakiś deathmetalowy zespół, który będę uwielbiał, to właśnie Bloodbath. Jest moc!

24. Unmercenaries „Fallen in Disbelief”

Cóż. To świeżutkie wydawnictwo, będące, moim skromnym zdaniem, jednym z najlepszych odkryć 2014 roku to doskonałe zakończenie muzycznych wydawnictw tegoż roku. Album, który wypłynął na szerokie wody 25 grudnia to siarczysty, mroczny album rozpisany na  akty. Funeral Doom Metal żyje i ma się wyśmienicie. Wspaniałe, iście grobowe teksty, ultra powolne tempa (choć niech was to nie zwiedzie) i śmierdząca trupem otoczka to idealne zachęcenie dla wszelakich miłośników gatunku. Polecam, takie debiuty to marzenie.

23. Passenger „Whispers”

Lekka odwilż po wcześniejszych, dość ciężkich i mrocznych przedstawieniach. Cóż, większość z was kojarzyć będzie ten zespół z megaprzepojem ”Let Her Go” z 2013 roku. I słusznie, bo to przepiękny kawałek. W zeszłym roku w swoje łapska dorwałem piąty już album Passenger i… odpłynąłem. To przepiękny, mocno akustyczny i melancholijny album z wsoaniałym wokalem i doskonałymi, choć dość lekkimi tekstami. Nic nie pozostaje w przypadku tej muzyki, jak założyć słuchawki, odpalić płytę, wygodnie rozłożyć się w fotelu i zaparzyć sobie herbatę. Cholera, uwielbiam to. Naprawdę bardzo. Skromne, bo skromne, ale arcydzieło w gatunku. Oj tak.

22. Freedom Call „Beyond”

Czyżby ktoś miał czelność narzekać na power metal? Nie? To się bardzo cieszę. Nic nie daje takiej frajdy jak staroświecki, pełen chórów i szybko-powolnych temp. Oblanych oczywiście patosem i wszelkimi innymi dziwacznymi rzeczami. Od lat miałem dość tego zespołu, od wydania ”Eternity”, który to był ich najlepszym albumem każdy jego następca to była porażka i gówno. Coś mnie jednak tknęło by zasięgnąć po ich nowy album. Prawdopodobnie całkiem chwytliwy singiel promujący. To wydawnictwo może nie jest na miarę wspomnianego już ”Eternity”, ale to porządny, pełen dobrej, aczkolwiek cukierkowej i śmiesznej muzyki w dobvrym, power metalowym stylu. I tylko ze względu na to ten album znalazł się na tej liście. Jeśli kiedykolwiek przestaliście być fanami tego zespołu, to zachęcam, byście wrócili na stare śmieci, bowiem Freedom Call właśnie na nie wrócił.

21. Kampfar „Djevelmakt”

Ah, siarczysty norweski black metal. Nie mogło zabraknać, nieprawdaż? Poganie z Kampfar zaserwowali w 2014 roku jeden z najlepszych, najbardziej enigmatycznych i po prostu staroświeckich albumów w gatunku od lat. To czysta frajda wsłuchiwać się w tak pierwotną i niewyrzytą brutalnością muzykę. Jest hardo, jest brutalnie i przede wszystkim – śmierdzi siarką. Na swój sposób. Jeśli jest ktokolwiek, kto wątpi w to, że black metal wciąż jest silny powinien sięgnąć po ten album. Otóż gatunek wciąż miażdży jaja, trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. To jest wybitne arcydzieło na miarę naszych czasów. Polecam!

20. Thou „Heathen”

O synu doom metalu! Jakże wielki i wspaniały jesteś! Nowy album amerykanów jest sporym zaskoczeniem. Jest tak wspaniały, mroczny i sludge doom metalowy, że szok. Na tej płycie nie sposób znaleźć nawet jednego słabego momentu, jednej zbędnej nuty, czy sekundy. To po prostu mocny w przekazie metal w starym i dobrym stylu. 10 utworów, 75 minut albumu i wspaniałe, wręcz monumentalne w stylu aranżacje. Ponad 14 minutowy wstępniak zasługuje na najwyższe muzyczne uznanie. Niech doom będzie z wami. Mroczne arcydzieło.

19. The Cold View „Wires of Woe, Ways of Waste”

Ideał może być tylko jeden, nieprawdaż? Cieszę się, ze się nie zgadzacie. To kolejne wybitne objawienie. Tak mocne i potężne, że ledwie stoję na nogach słuchając tych wyziewów wprost z paszczy szaleństwa i mroku. Ten 66 minutowy album jest rozłożony na 4 utwory, których tytuły znajdziecie w tytule całego albumu, tak. Osiemnasto-minutowy „Wires” otwiera stawkę, następnie nadchodzi piętnastominutowy „Woe” i, a jakże, siedemnasto-minutowy potwór „Ways”, a całość kończy kolejny piętnastominutowy kawałek „Waste”. Całosć jest podana w mrocznym, opbrzydliwie wręcz powolnym, funeral doom metalowym tempie i pięknym muzycznie świecie. Polecam, bo to kolejne arcydzieło. Nie tylko muzyczne.

18. Sukekiyo „Immortalis”

Dziwnym faktem jest, ze poboczny projekt Kyo, wokalisty Dir en grey jest dużo lepszy od jego dokonań w wymienionym powyżej macierzystym zespole, nieprawdaż? Otóż mnie to nie dziwi, tutaj może sobie pozwolić na co chce i tworzy naprawdę eksperymentalny metal, choć trzeba wziąć poprawkę na to, że to japoński metal. Naprawdę cholernie bardzo polecam ten album przede wszystkim ze względu na jego złożoność i jakość. Nie ma tutaj prostych banałów jak na większości wydawnictw DEN. To mocny, miejscami nawet mroczny, bardzo awangardowy album, który zawiera sporo, bo aż 16 utworów i trwa 71 minut. To naprawdę sporo. Jeśli fanujecie japońszczyźnie i muzyce na wysokim poziomie, to to jest coś dla was.

17. Rishloo „Living As Ghosts With Buildings As Teeth”

Rock progresywny ma się wyśmienicie! Rishloo to jedno z moich najbardziej ulubionych odkryć ostatnich lat. Jet to muzyka tak eksperymentalna i progresywna, że idealnie wpasowuje się między takie legendy jak Dream Theater czy Opeth. I naprawdę w niczym im nie ustępuje. To mocna, potężna dawka muzyki bardziej skomplikowanej niż skomplikowana może być. Wiadomka – tylko dla ultra totalnych miłośników i koneserów gatunku. To 8 kawałków na najwyższym możliwym technicznie poziomie. Polecam!

16. The Great Old Ones „Tekeli-Li”

Francuski atmosferyczny black metal. To takie najbardziej pobieżne spojrzenie na ten zespół. To bardzo osobista muzyka. Siarczysta, ale jednocześnie łagodna. Mocna i brutalna, lecz z drugiej strony melodyczna i bardzo liryczna. Na pewno to swoisty fenomen i bardzo ciekawy zabieg muzyczny. Atmosferyczny black wymieszany z czystej wody post metalem to naprawdę fajne połączenie. Polecam gorąco, aczkolwiek pod rozwagę, nie wszystkim się spodoba.

15. Furia „Nocel”

Trzeba wspierać lokalny rynek, nieprawdaż? Wszyscy kochamy Furię. Na swój sposób. „Nocel” to doskonały album, aczkolwiek mocno ciężkostrawny momentami. Furia to taki bardzo ciężki przykład tego, ze mimo wszystko polska muzyka ekstremalna ma się dobrze. Muszę otwarcie przyznać, że to album bardzo, ale to bardzo surowy i niełatwy, ale jednocześnie ma w sobie coś przyciągającego i istotnie uroczego. Wiadomo, zima już przyszła. Nie jest to poziom, moim zdaniem, najlepszego albumu „Martwa Polska Jesień”, lecz to bardzo dobry, skromy w formie godzinny długograj. Dla miłośników. Najlepszy blackmetalowy album na polskim rynku A.D. 2014.

14. Who Dies in Siberian Slush & My Shameful „The Symmetry of Grief” (Split)

Splity są zawsze ryzykownymi przedsięwzięciami. Koniec końców to nie tyle kooperacja dwóch zespołów co po prostu wrzucenie na jeden album całkowicie suwerennych nagrań, a co najbardziej ryzykowne – różnej jakości one bywają. Cóż, WDiSS to znakomity rosyjski funeral doom metalowy projekt, a My Shameful to niemiecko-fiński, nie mniej znakomity i również funeral doomowy projekt. Tak więc gdy mym oczom ukazał się tenże albumik nie mogłem się oprzeć pokusie i zanurzyłem się w odmęty ten mrocznej i dość brutalnej, nawet jak na standardy muzyki. Co mnie najbardziej urzekło to naprawdę wysoki poziom kompozycji. 4 utwory, po dwa na każdy zespół to odpowiednia ilość, łącznie wyszło około 20 minut na pierwszy i 15 na drugi. Jestem urzeczony, będę dawał więcej szans różnym splitom. Polecam.

13. Michael W. Smith „Sovereign”

Nie mogło tu zabraknąć jego.Osoba, która swoim życiem i postępowaniem jest dla mnie wzorem do naśladowania. Przy tym wszystkim jest moim numerem 1 jeśli chodzi o muzykę stricte chrześcijańską. Uwielbiam go. 3 lata przyszło mi czekać na jego nowe wydawnictwo. Michael powrócił z kolejnym, błyskotliwym i przyjemnym albumem. Jest to muzyka radosna, bardzo zwiewna i przede wszystkim uczuciowa. Słuchając jego najnowszego wydawnictwa nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to miłość do muzyki była największą siłą napędową artysty. To jeden z najlepszych albumów z pogranicza muzyki pop-rockowej i chrześcijańskiej ostatnich lat. Polecam gorąco, minimalistyczne i dość nowoczesne arcydzieło.

12. Indila „Mini World”

Mamy zwyciężczynię! Debiutantka Indila zmiażdżyła konkurencję w tym roku, pobiła wszystkich i wydała bez wątpienia najlepszy popowy album 2014 roku. Jestem urzeczony jej głosem i muzyką na płycie, która jest pełna dość melancholijnej, ale jednocześnie przebojowej muzyki. Od momentu premiery albumu z miejsca stała się najgroźniejszą przeciwniczką Lany Del Rey w tym zestawieniu i zwyciężyła, choć długo walczyłem o to, która będzie lepsza. Obecnie z pełnym przekonaniem stwierdzam, ze ta młoda Francuzka odpowiedzialna jest za arcydzieło kompletne i najlepszy popowy album roku. Zachęcam do sprawdzenia bo warto.

11. Profetus „As All Seasons Die” EP

Osobiście nie jestem zwolennikiem wstawiania EP’ek  na takie zestawienia, ale to już drugi wyjątek na tej liście. Z drugiej strony, 36 minutowe wydawnictwo równie dobrze może być pełnoprawnym albumem większości innych zespołów. No ale… Najważniejszym powodem zamieszenia tegoż dzieła na tej liżcie jest jego fenomenalna wręcz jakość Finowie się postarali i na zmieścili tutaj 4 kawałki reprezentujące czystej wody staroświecki funeral doom metal. Tak, jak sobie tego bym życzył. Niczym piewcy i obrońcy gatuinku przebijają się na tle innych zespołów wspaniałą jakością i doskonałymi melodiami. Polecam.

10. Al-Namrood „Heen Yadhar Al Ghasq”

Styczeń 201, a ja już wiedziałem, ze ten album znajdzie się w zestawieniu najlepszych. Jak czas pokazał – nie myliłem się. To doskonały, znakomity i jakże śmierdzący siarką potwór wprost z Arabii Saudyjskiej. Chłopaki w moich oczach wyrastają na jednych z najlepszych grajków atmosferycznego, folkowego i blackmetalowego grania. Są warci grzechu. To niespełna 40 minutowy, 7 utworowy przyrząd do mordowania wszelkich świętości i tym podobnych w imię pogańskich czasów. Arcydzieło.

9. Triptykon „Melana Chasmata”

Thomas to uznany grajek i każdy to powie. Nie wiedzieć czemu sam jest średnio zadowolony z tego albumu. Cóż, gwiazdorstwo chyba go troszkę otępia. To kolejny album pod tym szyldem i wiecie co? To kolejny jakże wybitny album. Wciąż czuć tu ducha Celtic Frost i monumentalnego i wybitnego ”Monotheist” z 2006 roku.Fisher i jego paczka ponownie zabierają nas w odmenty muzyki bardzo ciężkiej do sklasyfikowania, a jednocześnie bardzo pięknej i mrocznej. Nie brak tu awangardy, ale także black i doom metalowych naleciałości. Cały Gabriel. Po prostu słuchać. 75 minut żywiołowej, ciężkiej i mrocznej muzyki dla bardziej niż zaawansowanych. To naprawdę pełnoprawne muzyczne arcydzieło.

8. Kashiwa Daisuke „9 Songs”

Elektronika na poziomie hard, fortepian i orkiestrowe naleciałości? Dobrze trafiliście. Ta dość ciężkostrawna artystka wprost z Japonii od dawna siedzi mi w głowie. Kolejny jej album to miks na jeszcze wyższym poziomie. I naprawdę, nietrudno tu o ból głowy. Muzykę na tym albumie cechuje silna odpowiedzialność i rozeznanie w gatunkach. To taki miks glitch popu z hardą elektroniką i break beatem. Wbrew tytułowi album zawiera 11 kompozycji i zamyka się w 52 minutach. To dziwaczne i oryginalne przeżycie. Polecam, bo zakrawa na arcydzieło.

7. Frowning „Funeral Impressions”

Tak. Znów funeral doom metal, jak sam tytuł albumu zresztą wskazuje. I to prawdziwe funeralowe impresje. 7 utworów, których przebrniecie sprawia ogromną przyjemność, bo stanowi jednocześnie walkę. Taki oto debiut postanowiła nam zgotować świeżutka niemiecka kapela. Trochę ponad godzinna płyta sprawia nie tyleż przyjemność, co wręcz podaje nam przeżycia niemalże mistyczne w swoim gatunku. Taki funeral doom metal to ja przyjmuję z otwartym sercem na smutki i inne takie. Jeśli umierać z depresją to w takt tej muzyki. Postaraliście się chłopaki, czekam na więcej. Swoiste dzieło wybitne.

6. Boris „Noise”

To ostatnie japońskie wydawnictwo na tej liście, ale bez wątpienia najlepsze. Legendarna już grupa, która współpracowała z takimi legendami jak Sunn O))) jest fenomenem na skalę światową. Najnowszy album jest swoistą syntezą tego co pokazywali na przestrzeni lat, a jednak nie jest wcale aż tak ciężkostrawny. Japońskie trio znów wychodzi obronną ręką, bowiem muzyka, którą tym razem zgotowali jest naprawdę bardzo awangardową mieszaniną metalu japońskiego, dziwacznego postrocka i oczywiście stonerowych przygrywek obtoczonych drone doomowym wyciem w tle. Mroczne, wybitne i wielkie, przeogromne arcydzieło. O dość sporym tempie jak na gatunek, nie zanudzi, gwarantuję. Godzina zaawansowanej muzyki. Amen.

5. Scott Walker & Sunn O))) „Soused”

Przyszła pora więc na Sunn O))), które w tym roku połączyła siły z legendą muzyki awangardowej i mrocznością mroczności, czyli 71 letnim Scottem Walkerem i wyszło im to… znakomicie. To ryzykowne, bardzo, ee- duszne wydawnictwo uwiązane wspaniałym wokalem Walkera i dość stonowanym dronem od zakapturzonych. O tym albumie się będzie mówiło jeszcze długo i sporo, ale bez wątpienia to jedno z najważniejszych wydawnictw w gatunlu ostatnich lat, bowiem spotkały się tu dwie wielkie legendy. Jest to album wielki, doskonale zagrany i zaaranżowany, ale jak to często bywa – jedni będą uwielbiać, a inni nienawidzić. Ja uwielbiam, choć wymaga to sporej dawki poświęcenia. Polecam gorąco, to wielkie spotkanie stworzyło wielkie arcydzieło.

4. Mournful Congregation „Concrescence of Sophia” EP

Popatrzcie, kolejne EP. Tym razem australijska legenda, która na przestrzeni 20 lat pokazała wiele razy, co potrafi. To wydawnictwo rozpisane na dwa utwory trwa sporo, bo 30 minut. Taki funeral doom metal powinien być i taki też on jest w ich wykonaniu. Chłopaki od lat dają mi sporo radości i uniesień muzycznych. I tym razem nie było inaczej. Dopracowany wręcz psychopatycznie w najdrobniejszych szczegółach kawał prawdziwie dołującej muzyki. Nie dla każdego, po prostu wybitne dzieło dla znawców i miłośników gatunku. Gorąco polecam, bo to arcydzieło wybitne.

3. HammerFall „(r)Evolution”

Album zabawka, genialny w każdym power metalowym calu. Więcej o nim możecie znaleźć w pełnej recenzji, którą znajdziecie tutaj.

2. VA „If I Stay – Original Motion Picture Sountrack”

Oto i drugi soundtrack na liscie. Wielu artystów, klasyków rocka, jak i wybitnych kompozytorów, oraz całkowicie współczesnych wykonawców złożyło się na to, ze to jest mój ulubiony soundtrack minionego roku. Doskonale dobrana ścieżka filmowa do doskonałego melodramatu, który znajdzie się na 100% w TOP moich ulubionych filmów minionego roku. Całość uczuciowa jest bardzo, troszkę ckliwa i na pewno bardzo zróżnicowana, bardzo pokochałem tą ścieżkę dźwiękową i dlatego znajduje się na tym zestawieniu. Arcydzieło nie bez powodu.

1. Ne Obliviscaris „Citadel”

Jakież to jest potężne! Wspaniałe i niesamowicie żywiołowe wydawnictwo. Drugi długograj i kolejne wielkie arcydzieło w dyskografii tych Australijczyków. Niesamowite, ze zespół z tak odległego kraju, który zdawałby się tak amuzyczny wypluwa z siebie tak niesamowite rzeczy. Symfoniczny, mocno progresywny black metal łamany przez death metal. Wspominałem o wspaniałym czystym wokalu? Zakochałem się w tym zespole od pierwszego słuchania i szybko zawędrował on na czołówkę moich ulubionych zespołów. Jestem doprawdy pocieszony i podłechtany. Ideał muzyczny, który o mało nie znalazł się poniżej. Najwybitniejsze metalowe wydawnictwo 2014 roku prawdopodobnie.

NAJLEPSZY ALBUM ROKU: Joe Bonamassa „Different Shades of Blue”

Nic i nikt nie jest w stanie wyperswadować mi tego, że jest to najlepsze dzieło minionego roku. Joe Bonamassa ewoluował na kolejny poziom i znów zmasakrował konkurencję, nie tylko bluesową. Nie wiem ile tysięcy razy już słuchałem poszczególnych utworów i całego albumu, ale to tylko dowód na to, ze to dzieło kompletne i doskonałe. Nie uważam bowiem, bym miał zły gust muzyczny, jest po prostu mój. Aby pokochać ten album nie trzeba być miłośnikiem bluesa, czy jego pochodnych, bynajmniej! To wspaniałe, pełne uczuć i miłości do muzyki wydawnictwo ukwiecone żywiołowym blues-rockiem i kilkoma przepięknymi balladami, w tym utworem tytułowym oczywiście. To bez cienia wątpliwości najlepsze i najwybitniejsze wydawnictwo minionego roku. I tyle. Nic mnie nie przekona, że jest inaczej. To muzyka dla każdego. Lekka i przyjemna, a do tego przepiękna i umilona niesamowitymi umiejętnościami Bonamassy. Zarówno tymi za mikrofonem, jak i gitarowymi. Jest mistrzem, a mistrz musi pokazywać klasę. Bonamasssa zapewne zdeklasowałw szystkich na lata, ale ma ku temu prawo. Ten album polecę każdemu czytelnikowi, bo jest wybitny w każdym calu.

Tak też prezentuje się TOP50 +1 roku 2014. Każdy zapewne znajdzie coś dla siebie, choć lista może być ciut kontrowersyjna dla niektórych. Jeśli tutaj doszedłeś mój drogi czytelniku, to dziękuję Ci szczerze. bowiem wymagało to od Ciebie sporego poświęcenia. Jest dobrze, w ciągu kilku dni przygotuję TOP filmów 2014. Nie wiem, tylko ile ich będzie, ale na pewno sporo mniej niż tutaj. Dzięki!

PS. Jeśli ktoś się zastanawia, jakie zespoły, czy wykonawcy odpadli, to poniżej podaję kilku z nich:-Behemoth
-Sonata Arctica
-Sunn O))) & Ulver
-Maciej Maleńczuk & Psychodancing
-Burzum
-X Japan
-Septic Mind
-Funeral Tears
-Quercus
-Aphonic Threnody
-i wiele, wiele innych znakomitości, lecz gdyby nie to, ta lista rozrosłaby się do niebotycznych rozmiarów, a tego byśmy chyba nie chcieli. Moze w ciągu roku przygotuję szerszą listę odrzutów, ale już bez opisów i mini recenzji. To było fajne doświadczenie kochani. Dzięki wam miałem cały czas motywację i ochotę do działania, a przy okazji sam się przekonałem, co tak naprawdę było dla mnie najlepsze w minionym roku. Choć nie powiem, bolało odrzucanie. Dzięki wielkie. Czytajcie i komentujcie, to zawsze sprawia wiele radości, 5000 słów za mną i za wami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>