Japońska kultura – czy to miłość bezwarunkowa?

Otóż dziś mnie wzięło za napisanie jednego z bodaj najważniejszych dla mnie artykułów traktujących o animacji japońskiej, artykułu, który ukrywał się w moim sercu bardzo głęboko i bardzo przez to dojrzał.
Bardzo chciało by się pisać w samych superlatywach, ale jednak nie. Tak się nie uda ze względu na kilka ważnych aspektów. A aspektem numer jeden będzie oczywiście niemożliwa japońska maniera kręcenia w ilościach przekraczających normy i bynajmniej nie idzie to wraz z jakością, paradoksalnie jednak, jakość leci w dół wraz ilością.
Całość nie ma na celu hejtowania gatunku, bowiem szczerze go kocham, ale niestety nie będzie tak miły, jakbym tego chciał. Zależy mi na luźnym obrocie spraw, bez obrażania, czy miętolenia, bowiem każdy z nas ma swoje gusta i guściki – tym razem jednak temat nie należy do ulubionych, a wybitnie często hejtowanych.
A zacznę od tego, co wszystkich najbardziej wkurza – fanów.

Większość hejterów uważa, ze mają święte prawo hejtowania mangowców i fanów animacji, cóż, nie mają, ale jednak tych (wyjątkowo) nie tępię. Jestem miłośnikiem animacji i komiksów japońskich, a jednak nie boli mnie pocisk po nich (w tym i mnie), a nawet sam nieraz pokuszę się o to. Dlaczego? Odpowiedź jest wybitnie prosta, otóż fani, z którymi mam do czynienia na co dzień i na konwentach (które z ich powodu przestałem odwiedzać) to zazwyczaj gówniarze, albo sezonowi miłośnicy „mody”, a skoro teraz to modne, to jest ich cholernie dużo. Zabawiają się z specjalistów i miłośników tychże rzeczy, a jeśli powiesz cokolwiek niepochlebnego o ich ulubionym serialu/komiksie zwyzywają i uznają, ze gówno wiesz o temacie, cóż, sami siebie najbardziej hejtują.
Zauważyłem, że obecnie panuje ogromny przyrost, jeżeli chodzi o miłośników animacji, można by powiedzieć – super! Niee, nie sądzę, za 2-3 lata wszystko będzie leżało i gdzieś gniło, a ludzie zapomną o tym i to jest największą bolączką i tragedią całego rynku (nie tylko fanów japońszczyzny).
Drugi aspekt „fanów” tejże kultury – cosplay. Bzdura na potęgę (nie obrażając kilkunastu prawdziwych artystów). Cosplay to coś, co jest prawdopodobnie największym strzałem w kolano wszystkich maniaków. Większość jest zapatrzona w to, co się dzieje w Japonii, ale cóż! W Japonii to norma, tutaj to zwyczajny wybryk natury, a głupie dzieciaki tworzą te idiotyczne przebrania i pociąga to za sobą ogromne konsekwencje. Ta kultura nigdy nie będzie szanowana z tego powodu, a to, że się przyznaję do bycia miłośnikiem tego nurtu, to to, że naprawdę leży mi gdzieś w serduchu by wszystko wróciło do normy sprzed 8/9 lat, jednego z najwspanialszych okresów dla miłośników Japonii. Ale to niemożliwe.

Przechodząc dalej, pragnąłbym zaapelować do ludzi, którzy od dawien dawna oglądają animację i czytają komiks japoński – weźcie to w garść i pokażcie co to oznacza być fanem. To nie oznacza bywanie na każdym możliwym konwencie, przebieraniu się za wszystko, co wpadnie do głowy. Bycie fanem oznacza gruntowne poznanie gatunku, znajomość tematu, znajomość genezy i kultura, a nie to, co się wyprawia obecnie. To nie jest dobrą drogą dla całego ruchu miłośników japońskiej kultury.

Gdy sięgnę pamięcią do początków mojego fanowania, to naprawdę aż potrafi się zakręcić łezka wzruszenia. Ileż to kiedyś było kultury i wzajemnego szacunku między nami. Kiedyś nie było tak łatwo dorwać seriali, wymienialiśmy się każdy z każdym tym, co miał i to było wspaniałe, prawdziwy fan wiedział wszystko o swoim ulubionym gatunku, nie było pustego hejtu, a żywe dyskusje, nie było mądrowania się, a równorzędna wymiana zdań, a nawet same seriale były dużo lepsze, choć tutaj nie ma się raczej czemu dziwić.
Pierwsze animacje, seriale jakie miałem okazję oglądać wraz z kilkoma znajomymi (niech spoczywają w pokoju), to rzeczy, o których większość współczesnych maniaków nigdy nie słyszała, albo słyszała, ale „starych anime nie oglądam”, co jest największą bzdurą na świecie. Taki ktoś nie ma prawa mianować się fanem, jest tylko nędznym robakiem, który uważa, że wszystko wie, otóż nie wie nic. Jakież mnie zaskoczenie bierze, gdy zapytam o klasyki typu „Perfect Blue„, czy „AD Police„, a w odpowiedzi widzę tylko pytający wzrok, ale potrafię to jeszcze zrozumieć, ale gdy zapytuję o „Ghost in the Shell„, czy „Neon Genesis Evangelion„, a odpowiedź jest taka sama, to zwyczajnie jest to już przegięciem. Bez tych tytułów współczesna animacja nie byłaby taka sama, ale większość z dzieciaków nigdy o nich nie słyszała.
Jakże się ucieszyłem, gdy w tym roku powróciło „Fate/Stay Night„, w zupełnie nowej odsłonie, bo może przynajmniej część z tych pseudofanów zapozna się ze starszą wersją. Taak, moja diagnoza jest bardzo łatwa do przyjęcia – świat miłośników animacji i komiksu japońskiego zszedł na psy, a to wszystko przez żałosną popkulturę i chęć bycia modnym. Nie tędy droga, zaklinam!

A zamiast płakać rozwińmy myśl przewodnią, dlaczego darzę cały gatunek miłością bezwarunkową i wiele zniosę? Cóż, a dlaczego każdy z was jest fanem czegokolwiek? Nie ważne, jak coś jest złe, zawsze istnieje cień szansy, że będzie lepiej, a jeśli nie, to zawsze są dokonania z czasów przeszłych, którymi możemy się zawsze cieszyć. Tak jest ze wszystkim, od muzyki, przez kino, na kulturze i modzie włącznie kończąc.
I choć wg. niektórych poświęciłem o wiele za dużo na oglądanie i czytanie, to jednak dziś mogę powiedzieć, że coś tam o tym wiem, więc z reguły pozwalam sobie na lekkie wymądrzanie się w tym temacie.
Kocham to bezwarunkowo, ponieważ choćby nie wiadomo jak słaby był rocznik (2011/12/13), to zawsze się znajdzie wybitna pod każdym względem perełka. I tak odpowiednio, w 2011 roku „Mahou Shoujo Madoka★Magica” mroczny (wbrew otoczce) i przyciężki dramat psychologiczny, który pod koniec rozrywa wręcz serce. W 2012 roku dostałem w ręce doskonałe ”Fate/Zero„, w 2013 roku niesamowicie wciągające i doskonale napisane „Shingeki no Kyojin„, a ten rok zaserwował mi powrót do niezłego poziomu uderzając już na początku niesamowitą komedią „Kill la Kill„, a to nie wszystko, co ten rok zaoferował (te powroty po latach!).
Możecie więc zapytać, na co narzekam, cóż, odpowiedź jest łatwa, Aniplex, Studio I.G, czy nawet Gainax wraz z TV Tokyo od lat idą po najmniejszej linii oporu, stawiając na bzdurę i masówkę, a porządną fabułę mając gdzieś, a jeśli się na coś już wysilą to dostajemy obrzydliwą kalkę z tego, co już było. Czy ktoś chce wiedzieć, jaka seria należy do najbardziej przeze mnie znienawidzonych? Zdziwicie się „Sword Art Online„, jest to prawdopodobnie najgorszy serial animowany jaki kiedykolwiek widziałem, prymitywny, kiepski i co najgorsze – jest to jeden wielki plagiat i każdy miłośnik animacji to powie, bo czymże jest SAO jeśli nie obrzydliwym zdzierstwem z najlepszych pomysłów zastosowanych w różnych animacjach z serii „.hack//„, nieprawdaż? No właśnie, jedno jest lubić coś, wiedząc skąd się wywodzi, a drugie być psychofanem czegoś, co nie zasługuje nawet na nakręcenie. Ale znów zniosło mnie na rejony płakania, a nie o to chodzi. Pragnę przedstawić ze swojej strony pewną osobę i jej wytwórnię, która nikgy, ale to przenigdy mnie nie zawiodła. A jest to doskonale wszystkim znany Hayao Miyazaki i jest Studio Ghibli. Wymieniać wszystkie jego zasługi dla całego rynku to jak porywać się z motyką na słońce. Wystarczy dodać, ze w morzu gówna, jakie serwują nam japońce, on i jego spółka nieustannie dają wielką nadzieję.
Wystarczy spojrzeć na najsłynniejsze ich dzieła jak Oscarowe ”Spirited Away – W krainie Bogów„, czy legendarny już dramat wojenny(!) „Grobowiec Świetlików„, te dwa filmy dzieli wiele lat, a oba pochłaniają w takim samym stopniu, to jest prawdziwa sztuka dla sztuki, a do tego fabularnie doskonałe.
Tym większy szok mnie bierze, gdy młodzi fani pierwszy raz słyszą o ich dokonaniach, to się nie mieści w głowie, jak można nie znać filmów, które zrewolucjonizowały cały gatunek, a są to wielkie klasyki jak „Laputa – Podniebny Zamek„, „Księżniczka Mononoke„, czy „Mój sąsiad Totoro„. Najzabawniejsze w tym jest to, ze mimo, ze nie słyszeli o nich, to znali postaci i fabuły tych filmów, bo to nieodłączna część popkultury japońskiej, umówmy się, kto nie wie, kto to jest Totoro i jak wygląda, co? Właśnie…

Co może być dziwnego w tym artykule? Już widzę, jak część z was zarzuci mi zbytnie odejście od tematu, ale to nieprawda, miłość do Japonii daje mi siłę do obcowania z jej kulturą już ponad 10 lat. I wciąż ją kocham, pomimo wielu, ale to wielu wątpliwości wciąż uwielbiam się zanurzyć w świecie kreskówki i komiksu.
Możecie mi oczywiście zarzucić, że niepotrzebnie pociskam po waszych ulubionych serialach, czy kulturze, a jednak nie, to jest moje zdanie, ale uważam, że duża część ze starych wyjadaczy ma bardzo podobne.
Powracając do tematu, czy ktoś kiedykolwiek zwrócił uwagę na najlepsze seriale wszech czasów? Czy ktoś o nich słyszał? Założę się, że tu będzie o wiele lepiej ze znajomością, bo mało kto nie słyszał o „BLOOD +„, czy „Lupin III” i choć są to rzeczy wybitne, to zastanawia mnie pomijanie w rankingach rzeczy wybitnie kompletnych, arcydzieł i kamieniów milowych, „Monster” to jeden z najlepszych portretów psychologicznych, jakie kiedykolwiek były pokazane na jakimkolwiek ekranie. Mroczny i niesamowicie ciężki kryminał z elementami horroru i atmosferą tak gęstą, że można by ją kroić nożem. Gdzie w tym rankingu znajduje się wzruszające „Shingetsutan Tsukihime„, czyli mroczny dramat fantasy, bez którego dziś zapewne połowa seriali o wampirach byłaby zupełnie inna, szukałem nieraz w tych rankingach „Haibane Renmei” jeden z najwybitniejszych psychologicznych obyczajówek w sosie fantasy, gdzie jest mroczne i obrzydliwie nieznośne „Shigurui„, kwintesencja zła w czystej postaci, że pozwolę sobie wspomnieć o klasykach cyberpunku „Texhnolyze” i niezrozumiałego przez większość „Serial Experiments Lain„, a zakończę na braku na tych rankingach rzeczy takich jak „Winter Sonata„, czyli jednego z najpiękniejszych romansideł ever i chyba najbardziej tutaj znanego „Claymore„. No ja się pytam gdzie? Na tych listach królują naprawdę słabe rzeczy, które nie mają nic wspólnego z jakością i dobrą fabułą. Bo powiedzmy sobie szczerze „Naruto” dobre było tylko przy okazji pierwszego sezonu, dziś to parodia samego siebie, nudna i powtarzalna rozrywka dla ludzi, którzy nie mają czego ze sobą zrobić, niestety. A czym innym był „Bleach„? Bardzo szybko popadł w marazm i stagnację z sezonu na sezon będąc gorszym i gorszym, z wyjątkiem jednego filmu po drodze, a mowa tu o „Bleach – Memories of Nobody„, wspaniała rzecz, naprawdę. „Gintama” i wszystkie jej popłuczyny to prawdopodobnie najgłupsze pierwsze miejsce wszech czasów, bo fabularnie nie zachwyca, a niezłe postaci i głupkowaty humor nie stanowią osi oceniania, lecz całokształt. Nie zrozumiem fenomenu tego średniego średniaka, to niepojęte dla mnie.

Kiedyś miałem wielką nadzieję, że wszystko, co oglądam będzie miało swoiste odzwierciedlenie w jakości i ilości, niestety. Wiem doskonale ile szajsu obejrzałem i nie żałuję, choć wiem, ze to stracony czas. Wiele razy zarzucano mi, że oglądam wszystko jak leci, owszem, kilka lat pod rząd oglądałem 100% tego, co wychodziło rocznie, każdy sezon (zima, wiosna, lato, jesień) i wszystko co miał do zaoferowania łykałem, to tylko kilka odcinków dziennie, a rocznie +200 tytułów do listy, kiedyś objętość listy miała dla mnie jakieś znaczenie, trzecio-czwartorzędne, ale jednak jakieś miało. Dziś mi to całkowicie obojętne, może i przekroczyłem 3000 tytułów, ale to nie świadczy o niczym. Cały ten rok, 2014, postanowiłem jeszcze raz zaliczyć w całości i obejrzeć wg. starego sposobu i każdą serię, jaka ujrzała w tym roku, a dało się obejrzeć, to oglądałem i oglądam. Czasem z tygodniowym, czasem nawet z miesięcznym obsuwem, ale jednak. Zastanawiam się przez to, skąd we mnie kiedyś było tyle cierpliwości, tego nie wiem, ale zgaduję, że będąc młodszym i mając więcej czasu zasysałem wszystko z przyjemnością, po czym robiłem przesiew ocenami, a tych niskich nie brakuje.
Doprawdy jestem niepocieszony stanem rzeczy, ale jednak wciąż jest coś, co mnie cieszy i raduje, dzięki temu wiem, że za 10 lat, gdy większość obecnie fanujących ludzi zapomni kompletnie o czymś takim jak Japonia, to ja wciąż będę trwał na swoim stanowisku fana i miłośnika japońskiej animacji i komiksu. Tego mogę być pewien.

Zauważam, że na liczniku słów zbliżam się do magicznej granicy 2 tysięcy słów (zapewniam, że zostanie przekroczona), z tego też względu powinienem pomału kończyć tenże wywód, lecz nie wiem, jak to wyjdzie.
Gdy patrzę na dzisiejszy stan rzeczy, to chciałbym zapytać ludzi, dlaczego udają kogoś, kim nie są, to jest szkodliwe zarówno dla nich, jak i dla nas. Lepiej by nas było niewielu, ale szła za tym jakość i poznanie, niż zbyt wielu, co za sobą ciągnie upadek jakości i zasad, co niestety obecnie obserwuję. Wiele razy widziałem i słyszałem płacz, że się z nas śmieją, cóż, sami jesteśmy (jesteście?) sobie winni, mówicie o tolerancji i poszanowaniu, ale sami o niej zapominacie, po co zniżać się do poziomu hejtera i hejtem odpowiadać na hejt? No właśnie, ja też nie wiem. Są ludzie, którzy nie lubią tego i zdecydowana większość nie będzie miała nic do nas (was), to my znacznie więcej hejtujemy (hejtujecie) innych za to, że odważyli się powiedzieć, że nie lubią anime i mangi. To właśnie za to nas (was) nie lubią! Błedne koło zatacza niebezpieczne kręgi z każdym rocznikiem, ale wybaczcie, żaden 13-14 latek nie będzie mi mówił, że się zna na czymkolwiek poza chodzeniem do szkoły i uczeniem się. Taka prawda, ja też tak zaczynałem, każdy zaczynał, ale nie każdy zostanie i nie każdy potrafi się zachować. A co najgorsze, dziś nie ma już tej kultury i wsparcia co kiedyś, szkoda.

Nie rozpisywałem się o gatunkach i stanie jakościowym poszczególnych serii, bo to będzie miało miejsce w kolejnym artykuliku, a już na pewno skupię się na przeanalizowaniu poszczególnych serii i roczników, bowiem to jedno z opus magnum mojego życia jako miłośnika Japonii. Bycie prawdziwym fanem oznacza poznanie i zapoznanie, choćby oględne i powierzchowne, nie to co dziś się wyprawia. Gówno mnie obchodzi cosplay, bo w moim mniemaniu nie ma on nic wspólnego z fanowaniem, a już na pewno z poznaniem, 90% cosplayerów anime i mangi robi je na podstawie znalezionych obrazków w necie i nawet nie wiedzą, kto to i skąd on, bo główny argument to „fajna dupa”, „cycki na wierchu – lajki będą, może wygram konkurs”, rzygam tym.
Pod wpływem pisania tego tekstu naszła mnie chęć obejrzenia kilku starszych rzeczy, których od lat nie oglądałem, oto kolejny jego plus. Nie chcę udowadniać nikomu niczego, a pokazać, że to, co się wyprawia obecnie nie ma nic wspólnego z byciem OTAKU.
Bycie otaku, to nie oglądanie animacji i czytanie mangi, a nawet najwięksi specjaliści w tym nigdy nie będą otaku, dlaczego? Bo bycie otaku to poszanowanie dla tradycji, poznanie kultury Japonii i docenianie jej na każdym kroku, czerpanie z niej wzorców, najlepiej pozytywnych i koniec końców, bycie fanem Japonii, a nie tylko animacji, „otaku anime” to wymysł, który nie istnieje w praktyce.

Kończąc całość muszę stwierdzić, że mimo to, ze nie podoba mi się stan rzeczy i denerwuje mnie podejście ludzi do tego, to uważam, że wciąż jest szansa na odzyskanie spokoju i kulturalnej sceny maniaków, w końcu wszyscy POWINNIŚMY być rodziną. Mam nadzieję, ze to kiedyś wróci i będzie się dało znów rozmawiać jak równy z równym, bez uprzedzeń, a na poziomie, to takie moje głupawe marzenie i dążę, by tak było, tym w końcu jest ten artykuł między innymi.
Nie włóczę się już po konwentach, jak już wspomniałem, ale wybieram się na Tsuru Japan Festival 2 w Rybniku w listopadzie 2014, by zobaczyć na czym stoi świat, jak ktoś będzie chciał mi sprzedać kopa za ten tekst, albo pogadać to bez trudu mnie odnajdzie, wystarczy wiedzieć co to jest „Jigoku Shoujo” i szukać faceta z torbą na ramieniu z której łypie wzrokiem Ai Enma.
To pierwszy, ale na pewno nie ostatni artykuł traktujący o Japonii i jej kulturze.

Kto dotarł do końca, niech przyjmie moje gratulacje, poniżej możecie komentować, zawsze odpowiadam, pierwszy raz przekroczyłem na tym blogu granicę 2500 słów, mimo, że to stosunkowo niewiele, to może sprawiać trudności niektórym.
Dzięki!

13 myśli nt. „Japońska kultura – czy to miłość bezwarunkowa?

  1. Ufff, przeczytałam ;p
    Wypowiadać się nie będę, bo poza kilkoma (może ze trzeba) odcinkami „Bleach” i „Blood: The last vampire” (no, było kilka rozdziałów jeszcze czegoś dziwnego, ale nawet nie pamiętam co to było) nic nie oglądałam. Więc potulnie zgodzę się z opinią, chyba że kiedyś wyrobię sobie własne, bardziej konkretne zdanie.
    Jedyne co mogę powiedzieć, to że dla mnie anime (i tym podobne rzeczy) nie są „najbezpieczniejsze” zwłaszcza, że po nich zazwyczaj pojawia się Zło.
    To tyle w temacie.

      • Z tym się nie zgadzam. Aaaani trochę. Zło się pojawia, kiedy mu pozwolimy, damy dopust do nas, a nie kiedy chcemy. Bo w takim raze w moim życiu nie powinno się pojawiać (bo go nie chcę) a się pojawia.

        • A nie sądzę. Zło zawsze jest, sztuką jest go nie wpuszczać, czyli, ze mamy swoją tarczę, a nią jest Bóg. :)
          Nic jej nie przejdzie, czyli pojawia się wtedy, kiedy tego chcemy. :P

          • Owszem, Zło zawsze jest, zawsze się gdzieś kręci. Ale jest różnica pomiędzy widzianym i wyczuwalnym, a tym, którego nawet nie zauważamy. Jest różnica pomiędzy wyobrażeniem pociętych rąk, a zwykłą pokusą do czegoś złego. Ja mówię o tej pierwszej grupie.
            I pomimo Bożej tarczy Zło jest czasem dotkliwiej wyczuwalne.

  2. Przyznam,że zgadzam się z Twoim zdaniem.Choć sam do jako takich weteranów nie należę,bo rocznik nie ten, to również pamiętam jak całą paczką siedziało się u kogoś oglądając kupione na targu,spiracone ,,Ghost in the shell” i inne, niekoniecznie po polsku :D W każdym razie podzielam Twój punkt widzenia.
    Propsy dla autora z pracę włożoną w tego bloga,czekam na więcej :)

    • Dokładnie tak! Cieszę się, że poza zmasowanym atakiem znalazł się ktoś, kto umie napisać cokolwiek więcej o starych, dobrych czasach, to miłe, że ktoś jeszcze o nich pamięta.
      Wcale nie trzeba być nie wiadomo jakim rocznikiem. :)
      Sam jeszcze czekam na więcej i zastanawiam się, co przyszłość przyniesie. Może będę troszkę więcej pisał o japońszczyźnie, zawsze się przyda.

      Pozdrawiam. :)

  3. Ach… Bardzo nostalgiczny był dla mnie Twój tekst,jednak nie mogę go pozostawić bez komentarza:
    -niestety,nie pochodzę z okresu rozkwitu polskiego fandomu,jednak nie uważam,żebym była przez to w jakikolwiek sposób gorsza czy niedouczona. Z braku czasu nie obejrzałam jeszcze wielu z „klasyków”,ale w niedługim czasie będę je stopniowo nadrabiać i zdaję sobie sprawę z ich istnienia (chyba nie jest ze mną aż tak źle). Tak czy siak,mimo kilkuletniego doświadczenia,udało mi się wyrobić swój gust,dlatego oglądam tylko to,co mnie aktualnie zainteresuje… Może nie jestem przez to w pełni wartościowym mangowcem,ale szczerze powiedziawszy nie przejmuje się tym-mi tam wystarczy od czasu do czasu nocka z przyjaciółką na nadrobienie zaległości xD
    -Co do cosplayu… Dla mnie jest on zawsze czymś wyjątkowym, ponieważ każdy wkłada w swój strój całe serce i dużo ciężkiej pracy,dlatego nie nazwałabym tego głupotą. Tyle na ten temat z mej strony.
    -Co do nowego pokolenia-po części rozumiem twoje marudzenie, bo wiem jak to wygląda na konwentach,jednak grono starych wyjadaczy nie jest lepsze. Jak tylko jest konwent w mieście, to staram się na nim być,więc orientuje się w sytuacji-ba,do dziś pamiętam moje pierwsze konwenty,gdzie byłam totalnie zagubiona i spłoszona na panelach czy konkursach. Problem doświadczonych mangowcow polega na tym,ze w większości myślą,że są wielkimi specami od wszystkiego a nas,nowych,nie warto do siebie dopuścić,bo jesteśmy głupsi i nie znamy „wielkich klasyków”(jakby to komukolwiek uwłaczało)… Strasznie się robi człowiekowi przykro,jak z góry traktują cię jak gorszego fana.
    To by było chyba na razie na tyle, jak sobie coś przypomnę,to dam znać xD mam nadzieję, że nikogo nie urazilam,ani nic,pisałam po prostu o moich osobistych doświadczeniach i przeżyciach. ;)

    • Wow, dzięki za komentarz, już odpowiadam. Napisałem ponad 2500 słów i jak widzę troszkę za mało, no mniejsza, od tego są komentarze.

      -nie jest tak, że uważam, ze każdy jest bezguściem i nie jestem jakimś hejterem, jeśli o mnie chodzi, to osobiście jestem odpowiedzialny za „stworzenie” kilku fanów i jestem z tego dumny. Chodzi mi o to, że większość, duża większość uważa, że ma świętą rację, a jednak uważam osobiście (bez obrazy oczywiście), że aby o czymś dyskutować na poziomie to warto wiedzieć o powstaniu tego i owego. I wcale nie trzeba oglądać, ale wiedzieć o istnieniu. Myślisz, ze ja, jako dziennikarz, jestem kimkolwiek innym, czy lepszym? Bynajmniej, ubolewam nad faktem, nie wymysłem, że tak jest, a szkoda, naprawdę kiedyś było inaczej. Nie unoszę się nad innymi i nie chcę, by ktokolwiek unosił nade mną. Dyskusja jest najlepsza, czego masz tutaj przykład. :>

      -cosplay to cosplay, widocznie mówisz o tych 10%, których nie wymieniłem. I tutaj tyle w temacie.

      -konwenty to szajs i niczego nie uczą, to coraz większy przykład popkulturowej maszynki do robienia pieniędzy. Ludzie, których tak spotykałem to przemądrzałe dupki, które jadą się narąbać, pomądrzyć, nic o anime, a jak już ktoś spróbuje coś niepochlebnego napisać, to trup. No to ja dziękuję za taką konwersację, bo mam ochotę w mordę dać za brak ogłady. Jakiejkolwiek. Czy jestem hejterem? Nie sądzę, mam swoje zasady i lubię dyskutować. Nie jestem specem, choć wiem sporo i mogę się podzielić, chcę się podzielić, ale najczęściej spotykam się z hejtem, bliżej niezobrazowanym hejtem. To jest smutne. Nie twierdzę, ze nie jest tak jak piszesz, wręcz potwierdzam, dokładnie tak jest i to jest błąd, tak być nie powinno. Przepraszam za nas, ale ja jeden nie odpowiadam za wszystkich.

      Dzięki za komenta! :3

  4. Znajoma mi podesłała mi ten blog i tego posta. Bardzo mi podszedł, jeśli chodzi o całokształt to bardzo mi się podoba. Podzielam Twoje zdanie, chociaż fan ze mnie żaden. Nigdy nie uważałem się za fana, po prostu czasem lubię usiąść i obejrzeć jakiejś anime lub poczytać mangę. Chciałbym kiedyś wejść w to o wiele głębiej, ale mój internetowy transfer niestety mnie w tym nie wspiera, więc cóż, muszę się zadowolić ograniczoną możliwością oglądania japońskich animacji. Trudno. ;)
    Jednak konwenty… Byłem na jednym. Ogólnie odbiór polskich „otaku” był średni. Nie polubiłem chyba tego konwentowego stylu życia i to było okropnie dziwne, i nie chciałbym tego powtórzyć. Jednak nie rezygnuje, ponieważ muszę odwiedzić pewien konwent, aby poznać tam mojego internetowego mistrza – ale to w ogóle odchodząc od tematu. Może kolejny raz będzie bardziej udany? :3 Powątpiewam w to, ale kto nie spróbuje – ten nie wie.
    Cosplay akurat znam chyba od tej strony, gdy ktoś robi to z pasją i jest w tym artystą. Chociaż nie powiem – wiem jak to wygląda u tych mniej ambitnych, widziałem kilka naprawdę żenujących i nieudanych strojów. Nie polecam ogólnie.

    • Ale nie ma chyba do rzeczy, czy się uważasz, czy nie uważasz za fana, a to jakie zachowanie pokazujesz sobą. :)
      Noo, internet zawsze był swego rodzaju przeszkodą (nie masz pojęcia, jak to wyglądało 8/10 lat temu – M A S A K R A !), ale z biegiem lat bywało coraz lepiej, te tysiące złotych i nie tylko) zostawionych w sklepach, czy miliony GB pobranych dotychczas (nie, tu nie ma się czym chwalić), to uroki, a jednocześnie przekleństwo.
      Konwenty to zbiorowisko idiotów i niestety, choćbym nie wiem jak chciał ich bronić, to mi się nie uda, bo to nie ma najmniejszego sensu, a szkoda. Zawsze znajdzie się kilka wartościowych osób, ale jednak znaczna grupa ludzi będzie nie do życia. I znów szkoda.

      PS. Dzięki wielkie za miłe słowa na początku, to za każdym razem napędza mnie ro robienia więcej i więcej. :)

  5. Bardzo możliwe, że jest lekko chaotycznie i mogłam zgubić wątek za co z góry przepraszam.
    Tekst ciekawy ale za dużo w nim żalu, że japonia i jej kultura zrobiła się popularna. Nie jest w ciągu paru dekad pierwsza fala zainteresowania. Kraj kwitnącej wiśni zawsze był i będzie ludzi przyciągał z powodu swojej odmiennej kultury, co za tym idzie manga i anime jako składnik tej kultury również. Jak wiadomo jak coś może być popularne gimby zaraz to podłapią zdepczą i zostawią (np. 2012-2014 co drugi w glanach, słucha behemotha i uważa się za metala). Hejtowanie też popularne i bardzo polaczkowe jest nie do wyplewienia i bezsensu jest wspominanie o tym i używanie tego jaki kol wiek wyznacznik bo hejterów będzie tylko więcej, każdy dzieciak chce być fajny. Sądzę, że nie ma co liczyć na spadek zainteresowania kulturą japońską i myślę, że z roku na rok pseudofanów (za pewne sama się do pseudofanów zaliczam, bo nie oglądaj najgłosniejszych tytułow a ludzi drących się ze są otaku i paradujących w różowych uszkach nie trawie) będzie mniej bo gimbusiarnia przeżuci się znowu na coś innego. Odnośnie jeszcze hejtów: otaku sami sobie są winni, o czym wspomniałeś, ale jak się słyszy „o lol ale z Ciebie tępa zdzira”, „zamknij morde chuja znasz się na anime”, czy „nie oglądałes klasyków wypierdalaj z fandomu” bo się nie oglądało Death Note’a, Kuroshitsuji, bądz Dragon Balla oraz ma się okazję usłyszeć jak otaku i psychofani nabijają się z ludzi nie z fandomu to szczerze mówiąc nie ma się ochoty należeć do takiej subkultury. Sama zaczełam się jako tako udzielać jak miałam 13 lat po 2 latach znienawidziłam otaku i cały fandom. Dopiero w technikum wróciłam do oglądania anime, a otaku dalej nie lubie. I nie chcę tu nikogo obrażać, bo byli ludzie których wspominam jako niesamowitych, lecz fandom jako subkultura wypadał jako nieumiejące się zachować różowe piskliwe dzieciaki.

    • Chaotycznie? Możliwe, choć to tekst, który planowałem od kilkunastu miesięcy i i tak ostateczna jego długość jest znacznie mniejsza, niż to zakładałem (skróty myślowe i tekstowe chyba nie pomogły – ogrom hejtu na stronach mnie rozbawił przednio).
      Nie chodzi o żal, co podkreśliłem kilkukrotnie, chodzi o to, ze napłynie nie wiadomo ile ludzi, a później pozostawią to za sobą i wyśmieją, to boli i to rodzi mój żal. Niestety prawda jest taka, że popularność nie idzie w parze z miłością i uwielbieniem, a już na pewno nie idzie w parze ze zwyczajnym „byciem fanem”.
      Sam jestem kucem, choć glanów nie noszę, a na co dzień bliżej mi do mieszaniny hipstera i drone/alterative fana, a, byłbym zapomniał, Behemotha słucham. :P
      Hejterstwo jest rzeczą, którą tępię, będę tępić i pewnie zmarnuję sobie na tym życie, ale też poprzez to na każdym kroku będę o nim wspominał i wypominał (zresztą już jeden artykuł o tym strzeliłem wcześniej). I właśnie dlatego to ma sens i jego wypominanie tylko denerwuje. I w tym sęk właśnie. :)
      Proszę nie zaliczaj się do pseudofanów, czy też innych odłamów tego gówna, bowiem z samego twojego tekstu wynika, że masz do powiedzenia sporo więcej niż duża część współczesnych „fanów”. Jeśli ty poprzez to, co napisałaś jesteś „pseudo”, to mój Boże! Kim ja w takim razie muszę być? Niepojęte! Lubię sarkazm, miło przeczytać coś z „jajem”.
      Sama popularnosć spadnie i to w ciągu kilku lat, jak każda inna subkultura i kultura przeminie, tak, czy inaczej, choć nie zdziwię się, ze za lat 20 znów wybuchnie haja i wielki boom. To jak bumerang.
      Prawdziwy otaku, wg. mnie to osoba, która ma szacunek zarówno do początkującego, jak i tego, który dla niego może być guru. Nie sądzę, aby to miało sprawiać jakąś trudność, żyjemy w różnych społecznościach. Ani DN, ani Kuro to nie są klasyki, DB to klasyk, którego szczerze nienawidzę, ale nie odbiorę mu znaczącego wpływu na styl animacji (te nowatorskie rysy i oczy, to coś, co było przełomowe i tego DB nie odbiorę), ale fabularnie DB to dno całkowite. No i faktycznie, słysząc same obraźliwe obelgi – nie ma ochoty się słuchać tego i przebywać z takimi ludźmi. No cóż, takie jest właśnie życie.
      Ja zacząłem wiele lat temu, kiedy jeszcze nie było słychać o torrentach, a seriale i inne takie zdobywało się drogą wymienno/pożyczkową. I to było wspaniałe, naprawdę. I jeśli mam jakikolwiek prawdziwy żal, to tylko do tego, że dziś nie ma takiej kultury i takiego związku między fanami, bo to tworzyło kiedyś cały ten wspaniały klimat.

      Dzięki za wypowiedź! Zawsze miło widzieć, ze ktoś czyta twoje wypociny. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>