O nowych serialach słów kilka

Dziś troszkę inaczej. Opowiem w skrócie o kilku serialach, jakie mam okazję obecnie oglądać. Będzie troszkę kryminału, troszkę dziwactwa, nie zabraknie również troszkę refleksji na zakończenie. Na pierwszy ząb strzelę tytuły, które obecnie lecą i je oglądam. Nie będzie tego mało, ale ograniczę się jedynie do premier.  A, że zauważyłem tendencję do powrotów, będzie co oglądać i w przyszłości. W kolejnym artykule mam zamiar odnieść się do dzieł już zaprezentowanych, kilkuletnich seriali, tych znanych i tych mniej znanych. Tymczasem wróćmy do seriali premierowych, zapraszam do lektury.

Zacznę od serialu produkcji Showtime „Penny Dreadful”, który wyjątkowo mnie urzekł. Opowieść, w którą wpleciono chyba wszystkich bohaterów wiktoriańskich horrorów. Mamy więc Doriana Graya, mamy Victora Frankensteina i jego potwora (dosyć… oryginalnie), wiemy również, że pojawi się sam hrabia Vlad Dracula, lecz nie wiemy, kto będzie w jego roli. Pomijając oczywiście historię, o której za chwilę opowiem wspomnę wpierw o obsadzie. Moją uwagę przykuła Eva Green (ostatnio widziałem ją w mniej udanym serialu „Camelot”), aktorka, którą bardzo lubię, wszechstronnie utalentowaną i o obłędnym wzroku. Nie zawodzi. Timothy Dalton natomiast pozytywnie mnie zaskoczył. Bardzo dawno go nie widziałem na ekranie, postarzał się bardzo od czasów roli Jamesa Bonda. Lecz jego naturalna „angielskość” jest powalająca. Najbardziej się zastanawiałem nad Joshem Harnettem, aktor wcale niezły, aczkolwiek po roli w niezłym horrorze „30 dni mroku” raczej nie przykuł mojej uwagi. A tu zaskoczenie, wykreował ciekawą postać typowego jankesa. Jest dobrze. W obsadzie znalazło się również miejsce dla znanej z „Doktora Who” Billie Piper, po 3 odcinkach stwierdzam jedynie, że ma ładne ciało, którego nie wstydzi się pokazywać. Obsada raczej pozytywnie zaskakuje, choć postawiono na młodych aktorów, co szczególnie dziwne jest w przypadku Victora Frankensteina (w jego roli niespełna 29 letni Harry Treadway, którego zauważyłem w niezłej komedii „Rabusie kontra Zombie„). W roli Doriana Graya występuje natomiast nieznany raczej Reeve Carney i to najsłabsza rola, choć wystąpił może kilkanaście minut jak dotąd. Wkurza jego trochę zbyt nowoczesna fryzura. Może będzie lepiej.
Sama historia opowiada o niewielkiej grupie ludzi, którzy polują na wszelakie maszkary by znaleźć zaginioną córkę Sir Malcolma, Minę. Jak to Showtime nas przyzwyczaiło jest więc język cięty, lecz o dziwo nie epatuje wulgaryzmami na prawo i lewo jak w przypadku „Spartacus”, czy „Californication”. Jest seks, ale nie jest dosadny.
Jednak najlepszą częścią serii i jej najmocniejszym punktem jest muzyka, która podkreśla znakomity klimat. Abel Korzeniowski, nasz towar eksportowy w holiłód potwierdza (m. in. genialnej ścieżce do znakomitego dramatu „Samotny Mężczyzna”), że Kaczmarek nie jest jedynym znakomitym polskim kompozytorem. I robi to skutecznie.
Sama produkcja rokuje znakomicie, po 3 (z 8) odcinkach jestem bardzo zachęcony, oby tylko sam hrabia Dracula mnie nie zawiódł, bowiem czekam na niego najbardziej. Serial jest dobry i nie czuję się zawiedziony, a czekałem na niego bardzo długo.

Salem” wyprodukowany dla WGN jest kolejnym bardzo dobrym objawieniem w tym roku. Bardzo przyjemny serial fantasy, bez zbędnego gładzenia i wygładzania wątków. Jest mrocznie, brutalnie, krwawo i co najważniejsze – klimatycznie. Obecnie jestem po 6 odcinkach i naprawdę podoba mi się jego styl. Obsada nie zawodzi. W głównej roli mamy znanego z uwielbianego przez melodramatu „Szkoła Uczuć” czy średnio udanej „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów” Shane Westa, muszę przyznać, że ma naprawdę przyjemny i mocny głos. Sam aktor ze swojej roli wywiązuje się znakomicie. Gra twardego i nieustępliwego jankesa z ciemną przeszłością. Janet Montgomery poprawiła się w moich oczach niesamowicie (w końcu role w takich arcydziełach jak „Droga bez powrotu 3” nie są czymś wybitnym). Jej rola wymaga nie lada talentu. Przyjemnością jest oglądnie jej pracy na ekranie, w końcu fabuła się opiera głównie na niej. W obsadzie nie zabrakło kilku dosyć znanych twarzy, jak Xander Berkley (toć znany jest bardzo).
Historia jest w sumie kalką znanych schematów, ale na tyle umiejętnie napisana i zagrana, że znakomicie się ogląda. XVII wiek, ot po 7 latach nieobecności do Salem powrócił uznany za zmarłego John Alden. Okazuje się, że kobieta, która na niego miała czekać wyszła za człowieka, przez którego musiał iść na wojnę. Wiele się zmieniło, miasto opanowała mania łapania Czarownic, a jak się okaże, nie bezpodstawnie… Jest ciekawy język, jest oryginalna zabawa. Wątek czarów w końcu pokazany po ludzku, a nie jakieś gówno w stylu „Pamiętników Wampirów” czy innego pseudo-fantastycznego dzieła. Całość ubarwiona jest niezłymi efektami specjalnymi, znakomitym klimatem XVII wieku i wciągającą historią. Po 6 odcinkach wysoko oceniam ten serial i mam nadzieję, że już tak pozostanie, bo z tego, co widzę, drugi sezon dostał zielone światło. Jest nadzieja!

Kolejnym przystankiem na serialowej mapie niechaj będzie „Fargo”. Serial genialny jednym słowem. Zakręcony niczym filmowy odpowiednik braci Cohen, którzy zresztą wyprodukowali ten serial. FX jak zwykle daje kawał ciekawego serialu. Obsada to klasa sama w sobie. Po pierwsze jeden z moich ulubionych aktorów – Billy Bob Thorton, to co wyprawia na ekranie nie mieści się w głowie. Psychopata, nieudacznik, psycholog, niedorozwinięty ksiądz. Swoim urokiem osobistym wręcz urzeka. Nawet, gdy morduje w bestialski sposób na ustach pojawia się uśmiech, by za chwilę zrzednąć na myśl o tym, co właśnie zrobił. I co? Chwilę później znów śmiech. Martin Freeman nie ustępuje mu na krok. Kolejny raz udowadnia mi, że mimo wzrostu jest wielkim aktorem. Na pewno lepszym od swojego kompana z serialu „Sherlock”, Benedicta Cumberbatha. Jego urocza wręcz nieporadność i wrodzony talent komiczny ubarwiają obraz. Niemalże każda scena z jego udziałem bawi autentycznie. A to jak rozmawia w szpitalu, a to jak „zabawia się” młotkiem, czy też robi sobie z radiowozu taksówkę. No cud miód. Jak tu nie lubić tego aktora. Sam serial sprawia wrażenie pastiżu czystego. Niesamowicie wręcz durnowata policja, osobliwi ludzie, mieszkańcy (porypani bracia) to klimat sam w sobie. Nieśmiertelna bujda w postaci wstępu „Serial oparto na faktach…” to tylko jedno z nawiązań do filmu. Pamiętacie walizkę, którą ukrył Steve Buscemi w filmie? To dobrze…

Ostatnim punktem niniejszego tekstu jest wielki powrót jednego z moich ulubionych seriali dzieciństwa pod tytułem „24”. Zastanawiać się możecie dlaczego wspomniałem tutaj o serialu, który w tym roku miał premierę 9 już sezonu. Otóż jest to powrót po kilku latach przerwy, powrót na który czekałem, niczym dziecko oczekujące prezentów na Boże Narodzenie. Tak więc doczekałem powrotu Jacka Bauera w „24: Live Another Day”, przy czym serial zmienił troszkę swoją formę. Zamiast zwyczajowej formiy trwania serialu w czasie rzeczywistym, tj. równe 24 godziny w 24 odcinkach po 1 godzinie. Swego czasu ta forma była wielce nowatorska i oryginalna. Był to jeden z moich ulubionych seriali, zawsze wyczekiwałem wieczorami na Polsacie kolejnych odcinków by śledzić dalsze losy bohaterów. Jakże bardzo byłem więc szczęśliwy usłyszawszy, że serial powróci. Lecz w troszkę zmienionej formy. Okazuje się, że nie wyszło tak źle, a Keifer Suterland wciąż radzi sobie znakomicie, wspomniał nawet, że jest szansa na jeszcze jeden sezon „Jeszcze jednego dnia”, czemu nie!
Jak wiadomo po 8 sezonie, Jack został uznany za zdrajcę i wroga narodu po czym musi uciekać z kraju. Bauer ukrywa się w Londynie, gdy po raz kolejny musi uratować prezydenta, a nie jest to łatwa sprawa, bowiem ten jest cięty na niego przez swoją córkę, z która łączyła Bauera kiedyś bliska więź. Ponadto po piętach mu drepczą cały czas agenci CIA i próbują go dorwać. Ostatecznie akcja się szubko zawiązuje, a Jack znajduje sprzymierzeńców. Po 5 odcinkach akcja się porządnie rozwinęła i zaczęła się porządna gra w kotka i myszkę. Tutaj tak lakonicznie, bowiem ciężko cokolwiek napisać, by nie zdradzić za wiele.

Podsumowując te cztery seriale stwierdzam, że jest naprawdę dobrze. Każda z wytwórni ma swój własny, oryginalny pomysł na historię i robi to w sposób naprawdę dobry. Nie zdziwiłbym się, gdyby każdy z nich stał się nie małym sukcesem, bowiem o ile w przypadku „24:LAD” to pewnik był od początku, w końcu zbierał on (i zbiera) wielomilionową publiczność, to „Penny Dreadful” wciąż jest jeszcze pod dużym znakiem zapytania i kto wie, jak to będzie, bowiem póki HBO go nie puści, a stawiam, że puści („Spartacus” to w końcu nie ich serial, a puścili) to wątpię, aby (przynajmniej w Polsce) uzyskał popularność. Nie wątpię, że w USA zdobędzie swoistą popularność, bowiem Showtime skutecznie goni HBO. I mówię to będąc w pełni tego świadomym. Ostatnimi czasy słyszałem, że seriale stanowią niezłą konkurencję dla filmów, lecz z drugiej strony dobiegają głosy o zmęczeniu materiału i wtórności, a jednak… Biorąc pod uwagę te cztery powyższe tytuły stwierdzam iż rynek serialowy trzyma się wyśmienicie, nawet pomimo tego, że wychodzi masę kiepścizny znajdzie się kilka wartych tytułów. Tak jak w kinie, na masę gówna znajdzie się kilka wartych pozycji. Dlatego warto kochać kino i jego odmiany.

Enjoy!

Jedna myśl nt. „O nowych serialach słów kilka

  1. Zacznę oglądać… jak gdzieś znajdę, to aż z ciekawości obejrzę kilka odcinków z tego co podałeś. To pierwsze zabrzmiało baaardzo ciekawie.

    A co do wspomnianych „Pamiętników Wampirów” to, to raczej seria dla nastolatek, lubiących skomplikowane lovestory. I mówię tutaj o książkach, bo z serialu, to widziałam niewiele, a jedynie podobały mi się sceny z wyrywaniem serc i kreacje z retrospekcji. (i w jakimś stopniu będę PW bronić, bo mnie się część serii podobała)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>