Baba Jaga, czyli o Don’t Knock Twice słów kilka

Film, który wchodzi bez większego rozgłosu do kin. Do tego horror, czyli gatunek filmowy, który przeżywa swoisty renesans. Z horrorami mam tak, że w zasadzie nie da się mnie przestraszyć, ale i tak je uwielbiam,. Czasem może nawet za bardzo. Dobre, czy złe, zawsze coś znajdę dla siebie. Kocham dziwne kino, kocham dobre kino, ale kocham także bardzo złe kino. Bo kino jest lekiem na wszystko. Na wszelkie choroby i smutki. I to niezależnie czy w reżyserii Akiry Kurosawy czy Eda Wooda.

Czytaj dalej

Batman: Killing Joke

To film, na który czekałem od dłuższego już czasu z wypiekami na twarzy. Tak – jestem fanbojem DC, a szczególnie tego, co na przełomie lat 80 i 90 wydarzyło się na łamach komiksów o Batmanie (i nie tylko). Dzień w którym usłyszałem, że jeden z moich ukochanych zeszytów zostanie zekranizowany, był dniem radości, ale też obawy. Ekranizacje poszczególnych komiksów cieszą się u mnie mniejszym (Son of Batman) lub większym (Dark Knight Returns) uznaniem, lecz zazwyczaj nie mam ochoty wyrywać sobie włosów z głowy ze względu na poziom. A już na pewno nie w takim stopniu jak przy oglądaniu feralnych Batmanów w reżyserii Joela Schumahera.
Jak wyszedł ten film? Zapraszam do dalszego czytania.
Czytaj dalej

Oscary 2016, czyli prognozy przed Galą

No może troszkę więcej niż kilka. Rok temu wspominałem, że Oscary przestały być poważane przez nasze kręgi. Owszem. W tym roku sytuacja się niespecjalnie zmieniła, a poprzez niektórych twórców, popadła w kretyńską śmieszność, na długo przed rozwinięciem czerwonych dywanów. Mówię oczywiście o rasistowskich domniemaniach wysnutych przez Spike’a Lee.
Ale też podobnie jak w zeszłym roku – uważam, że filmy, które są nominowane do rzeczonego Oscara są dziełami przynajmniej powyżej średniej. Choć wiadomo, zawsze się znajdzie jakiś cholerny wyjątek. Z drugiej strony, bez tego kino nie byłoby tym, czym jest. Faktycznie, Oscary nie porywają mnie już dziś tak, jak kiedyś, gdy to czekałem z wypiekami na twarzy na każdą Galę. Bardziej mnie pociągają nagrody Brytyjskiej Akademii, czy francuskie Cezary, a w ciągu tych 12 miesięcy moje oczy zwróciły się w stronę amerykańskiego festiwalu Sundance, który w moich oczach wyrasta na coraz bardziej pożądany festiwal. Ale wróć – to nie o innych festiwalach filmowych.
Oscary.I tutaj podobnie jak w zeszłym roku – nie wszystkie kategorie uwzględniam, bo… nie. I pamiętajcie, wszystkie typy, wyjaśnienia i inne takie są tylko i wyłącznie moim wyborem i moim punktem widzenia. Mamy prawo się nie zgadzać.

Czytaj dalej

Remember me, when I’m gone… – „Szybcy i Wściekli 7″

Jak zapowiedziałem, tak i robię. ”Szybcy i Wściekli 7” idą pod ruszt pisarza. To jest pierwszy z tych dwóch wielkich blockbusterów tego roku, które mnie tak bardzo urzekły. Ja wiem, że pomijam ”Avengers: Czas Ultrona”, czy ”Jurassic World”, ale oba te filmy nawet nie dorastają do pięt ”Mad Maxowi” i recenzowanemu tytułowi. Ale nie mam zamiaru wdawać się w polemikę. Po prostu ja tak sądzę i już. Każdy ma prawo do swojego zdania koniec końców. A ja, mimo wszystko, jestem ogromnym fanem tej serii. I ten film mnie nie zawiódł. Oj nie. Jeśli jesteś miłośnikiem szybkiej jazdy, miłośnikiem tych filmów, jeżeli uwielbiasz szybkich i wściekłych, to zapraszam do czytania. I wszystkich innych oczywiście też.

Czytaj dalej

Rozpierducha w rytmie spalin, czyli „Mad Max: Na drodze gniewu”

Po premierze nie chciałem pisać o tym filmie ze względu na potężną ilość tekstów. Siedziałem w kinie jak wryty. Wszedłem jako dorosły facet, ale wyszedłem jako 13-14 letni dzieciak, który chce jak najszybciej rozładować natężenie emocji poprzez dziki rozpierdziel. Gdziekolwiek, jakkolwiek. Tak drodzy państwo, najnowszy Mad Max to druga niczym niezobowiązująca rozpierducha w tym roku jaką miałem ogromną przyjemność oglądać. I doprawdy – ciężko mi zdecydować, która lepsza. Faktem jest jedno, oba filmy były genialne i obu poświęcę oddzielny tekst. Ale zacznijmy od tego drugiego. W końcu w każdym drzemie dziecko, nieprawdaż? Nawet jeśli się odzywa podczas oglądania supeprodukcji dla dorosłych. Ale co tu ukrywać – to w końcu Szalony Max!

Czytaj dalej

Koszmar wojny jako baśń, czyli o „Labiryncie Fauna”

Guillermo del Toro, człowiek niepokorny. Artysta, wizjoner i przede wszystkim człowiek pełen nieposkromionej pasji i miłości do kina. To widać w jego filmach. Dzisiaj siegne po jego najgłębsze i moim zdaniem najdoskonalsze dzieło jakie stworzył. Piorunujący i wstrząsający dramat fantasy w wojenno psychologicznym sosie. Mam wrażenie, że porywam się z motyką na słońce ze względu, że ciężko opisać uczucia, jakie towarzyszą mi podczas oglądania tej produkcji. Bardzo ciężko. Jest to jeden z tych tytułów, które u mnie zostawiły trwały ślad na duszy i psychice. Będzie sporo o miłości, o uczuciach. Nie zabraknie także przemyśleń własnych. Będzie po prostu tak, jak lubię najbardziej. O miłości mej do kina zaczytujcie się w mych słowach. Gwarantuję, ten tekst jest bardzo osobisty. Zapraszam!

Czytaj dalej

TOP 10, część IV – komedia (część I)

Po długiej przerwie wracam z listą TOP. Tym razem ruszam gatunek, którego szczerze nienawidzę i… mimo to w jednym TOP10 się nie zmieściłem. Dziwne, jak ciężko jest wybrać 10 tytułów, które postawi się ponad inne. Nawet w gatunku, którego szczerze nie cierpię. Z dwojga złego wybrałem najprostsze wyjście i ta lista nie będzie zawierać filmów starszych niż 40 letnie. Wybór nie był łatwy. Szczególnie, gdy dociera do Ciebie, że tyle dobrych komedii widziałeś. Każdy lubi się jednak śmiać. Nieprawdaż? Dodam jedynie, że parodii tutaj nie znajdziecie. Parodie to oddzielny typ kina, który też kiedyś przemielę na TOP 10. Jak zwykle nie ma tutaj podziałki od najlepszego do najgorszego. Jest po prostu wszystko.

Czytaj dalej

„There will be blood”, czyli pierwszy odcinek drugiego sezonu „True Detective”

Oto jest. Pierwszy wpis z Anglii. Niestety sprzet nie posiada polskich znakow za co z gory przepraszam. Ale nie powinno to sprawic wiekszych problemow.
Konkurs na fanpejdzu trwa w najlepsze, prace naplywaja, co mnie bardzo cieszy. Odzew poki co dosc skromny, ale sadze, ze chetnych bedzie wiecej w ciagu tygodnia.
Podczas, gdy czesc z was pisze juz, badz napisala, ja napisze swoje przemyslenia na temat premierowego odcinka. Poza konkursem oczywiscie. :D
Oczywiscie ostrzegam o spojlerowym stezeniu.

Czytaj dalej

Inne spojrzenie na kino, czyli „Plemię”

Są filmy i filmy, każdy to wie. Ale czasami zdarzy się okazja zobaczyć coś, co wymyka się jakimkolwiek regułom. Nie tylko filmowym, ale też logicznym z punktu widzenia doświadczenia kinematografii, no bo powiedzcie, ile znacie wybitnych filmów ukraińskich? Właśnie. Dosłownie przed momentem zobaczyłem jeden z takich filmów. Filmów, które pozostawiają trwały ślad po sobie. Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy film mi się podobał, jednak z całą pewnością stwierdzę, że to jeden z najlepszych filmów jakie widziałem w ostatnim czasie. Rzadko mnie już cokolwiek szokuje, naprawdę rzadko, tym razem jednak się udało. Zapraszam do lektury.
Czytaj dalej

Japońska popkultura w sosie własnym, czyli „Zatoichi”

Takeshi Kitano jest mistrzem. Tak oto rozpocznę typowy już dla mnie wstępniak. Każdy kto jest, czy też raczej każdy kto uważa się za miłośnika, tudzież fana kinematografii powinien znać to nazwisko. Choćby ze słyszenia. A już na pewno każdy fan kina japońskiego, tego współczesnego przynajmniej. Kitano jest jednym z najbardziej znanych i najlepszych współczesnych reżyserów i aktorów z Kraju Kwitnącej Wiśni. On, Takashi Miike i Shion Sono tworzą obecnie moją ulubioną trójcę, albo też Wielką Trójkę współczesnego kina japońskiego, jeśli komuś w ten sposób łatwiej rozumieć to stwierdzenie. I choć akurat w tym przypadku kilka razy moje zdanie wzbudziło kontrowersje, to najbardziej lubię właśnie jego. To mój ulubiony żyjący japoński reżyser. I żeby ktoś nie pomyślał, w całej historii tamtejszego kina, co najmniej dwoje innych reżyserów cenię sobie bardziej. I to bardziej niż większość jakichkolwiek twórców w całej historii szeroko pojętego kina. Ale to gadka na cały artykuł wręcz (za który mam coraz większą ochotę się wziąć, ale muszę skończyć sporą ilość już zaczętych). Ale wróćmy do głównego tematu – „Zatoichi”. Kocham ten film, podobnie jak uwielbiam starą serię filmów, choć mam o niej podobne zdanie jak sam Beat Takeshi, to jednak i ją polecam gorąco, choć legalnymi środkami jej znalezienie jest to wręcz niemożliwe, a i w sieci niewiele lżej. Dzieło to nie od dziś uważam za jedno z najbardziej popkulturalnych i porąbanych filmów, jakie w życiu widziałem (żaden Tarantino, czy Miike właśnie, nie mogą się mu, w moim mniemaniu oczywiście, równać). Po prostu kocham ten film, kocham jego zjawiskowość, jego przerysowanie i jaja, z jakimi był on robiony. Oto cały Kitano – nie można go brać na poważnie w takich filmach. Przejdźmy więc do części właściwej. Do recenzji, do opisu wydania DVD i „wolnej amerykanki” blogerskiej, po prostu miłości do kina z każdej strony, po sporej przerwie w pisaniu na poważnie. Zapraszam.
Czytaj dalej